Symbolistyczna triada Jacka Malczewskiego

Trzy wielkie płótna Malczewskiego, „Introdukcja”, „Melancholia” oraz „Błędne koło” tworzą swoistą triadę tematyczną, wyznaczając jednocześnie relacje najbardziej istotne dla polskiego symbolizmu.

Znawcy opisywanych poniżej czasów w rodzimej sztuce, Irena Kossowska i Łukasz Kossowski, w swojej monumentalnej książce „Malarstwo polskie. Symbolizm i Młoda Polska”, tak oto widzą te relacje w odniesieniu do owych dzieł. Introdukcja to relacje między artystą a naturą, Melancholia między artystą a historią, Błędne koło natomiast wyznacza relacje między artystą a egzystencją (1).

Czytaj dalej Symbolistyczna triada Jacka Malczewskiego

Józefa Pankiewicza łabędzie nocą

Okres fascynacji impresjonizmem trwa u Józefa Pankiewicza bardzo krótko. Nazywany (wraz z Władysławem Podkowińskim) pierwszym polskim impresjonistą, porzuca tę technikę po trzech latach. Zniechęcony chłodnym, a często niezrozumiałym przyjęciem przez publiczność i krytykę jego obrazów, ten gruntownie wykształcony intelektualista zaczyna skłaniać się ku symbolizmowi.

Czy wynikało to z potrzeb artystycznych, czy też malarz nie był odporny na ciosy krytyki negującej jego twórczość, możemy się tylko domyślać. Osobiście uważam tę drugą opcję za bardziej bliższą rzeczywistości. Nachodzi mnie teraz taka myśl. Jakie to szczęście dla światowego malarstwa, że tacy malarze jak Pissarro czy Monet nigdy nie ulegli naciskom rodzimej krytyki. O ile dzieje sztuki byłyby wtedy uboższe. Ale trzeba także zauważyć, że Pankiewicza nieustanna ewolucja twórcza miała pewne podstawy. Były nimi słowa zaczerpnięte z Goethego: Tylko przemianie pozostaję wierny. Powinniśmy nie być ale wszystkiem stawać się. -… i dopóki nie ma w tobie tego „umieraj i stawaj się”, jesteś tylko smutnym przechodniem na mrocznej ziemi” (cyt. za Józef Czapski: „Józef Pankiewicz”).

Czytaj dalej Józefa Pankiewicza łabędzie nocą

Władysław Podkowiński „Szał uniesień”

Szał uniesień” uważa się powszechnie obok „Śmierci Barbary Radziwiłłówny” Simmlera i „Bitwy pod Grunwaldem” Matejki za jeden z najgłośniejszych polskich obrazów. Czy jest on także jednym z najcenniejszych w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie? Możemy przypuszczać, że być może tak, skoro choćby muzealna kawiarnia mieszcząca się na piętrze Galerii, z której tarasu rozciąga się piękny widok na krakowski Rynek, nazywa się „Cafe Szał”. No i jeszcze na okładce najnowszego katalogu muzealnego oczywiście nie inny obraz – tylko ten.

Ilekroć przyglądam się temu dziełu z bliska, to wzrok mój nieuchronnie kieruje się na dobrze widoczne na tym płótnie rysy. Zapewne przypadkowy widz dziwi się skąd one się wzięły i co to takiego jest? Czy taka była intencja malarza i może mają one jakieś symboliczne znaczenie? Niestety, prawda jest całkiem inna i nie ma nic wspólnego z artystycznym zamysłem twórcy.

Czytaj dalej Władysław Podkowiński „Szał uniesień”

Ostatnie dzieło Władysława Podkowińskiego. „Marsz żałobny”

Artysta w swojej pracowni gdzie dokończył żywota, pozostawił na sztaludze ostatni, malowany już w ciężkiej chorobie obraz, jeszcze niedokończony, symboliczną kompozycję, „Marsz żałobny”.

Choć wg tradycji za ostatnie działo artysty uznaje się rozpoczęty obraz „Zmartwychwstanie Chrystusa”, to jednak nie wyszedł on poza szkic i ślad po nim zaginął. Co prawda Marsz żałobny (Marsz pogrzebowy) jest także kompozycją nieskończoną, jednak płótno to zachowało się do dzisiaj i możemy je oglądać w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie.

Czytaj dalej Ostatnie dzieło Władysława Podkowińskiego. „Marsz żałobny”

Janko Muzykant pędzlem Jacka Malczewskiego

Jest tak w dziejach sztuki, że często dzieła malarzy inspirują powieściopisarzy czy poetów, ale również bywa odwrotnie. Utwory literackie mogą stać się natchnieniem dla artystów plastyków. O jednym z takich przypadków będzie w tym tekście.

Nie wiem jak jest teraz, ale za moich uczniowskich czasów, nowela Henryka Sienkiewicza pt. „Janko Muzykant” była lekturą szkolną. Wszyscy chyba wtedy, przynajmniej tak to wspominam, współczuliśmy temu małemu chłopcu, że nie może, z uwagi na różne przeciwności losu, rozwijać swojego niewątpliwego, samorodnego talentu w dziedzinie muzyki. Opowieść ta, napisana przez twórcę Trylogii na zaledwie kilku stronach, okazała się tak mocna w swoim przesłaniu, że zainspirowała kilku malarzy do przeniesienia jej na płótno. Jednym z nich był Jacek Malczewski, ale także temat podjęli m.in. Stanisław Wyspiański czy Witold Wojtkiewicz.

„Janko Muzykant” – fragment
Czytaj dalej Janko Muzykant pędzlem Jacka Malczewskiego

Opowieść o dwóch obrazach Wlastymila Hofmana

Artysta w swoim długim życiu namalował dobrze ponad trzy tysiące obrazów, a niektórzy uważają, że bliżej czterech tysięcy. Pół Polak, pół Czech, swoją edukację od najmłodszych lat odbywał w Krakowie, a malarstwa uczył się od samego Jacka Malczewskiego w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych.

Jednak ta olbrzymia płodność artystyczna odbiła się na sposobie postrzegania jego twórczości. Pod znakiem zapytania stawiano jej artyzm, gdyż musiały zdarzać się siłą rzeczy w tej ogromniej liczbie prace „niższych lotów” i chyba dlatego czasami krytyka podważała całokształt działalności malarskiej Wlastimila Hofmana. Przyjaciel artysty, Jan Sztaudynger pisał, że największym wrogiem Hofmana jest zaiste czeska pracowitość. Maluje on bez względu na porę dnia i roku. Bez względu na to, czy ma czy nie ma odpowiedniego modela. I przez to obok płócien natchnionych ma on na swoim koncie zapisanych wiele utworów słabszych i mniej udanych. Niemniej jednak na stałe zapisał się on w historii polskiej sztuki, a jego ukochany Kraków, gdzie uczył się i tworzył, jednej z ulic, tę, gdzie miał pracownię i mieszkał, nazwał jego imieniem.

Czytaj dalej Opowieść o dwóch obrazach Wlastymila Hofmana

Witold Wojtkiewicz. „Krucjata dziecięca”

Malarz był niejako przeciwieństwem współczesnej mu cyganerii artystycznej, którą najbardziej utożsamiamy z ich przesławnymi pelerynami i w sumie mało luksusowym ubiorem. On zawsze nosił się wytwornie odziany, szczególnie dbając o buty, na których nie mógł mieć nawet pyłku. Żartowano, że zamiast chusteczki nosi w kieszeni flanelkę.

Czy jednak to charakteryzuje go jako malarza. Zdecydowanie nie. Podobnie było z tym co tworzył przez swoje krótkie, bo tylko trzydziestoletnie życie. Pomimo, że był uczniem m.in. Leona Wyczółkowskiego, to jednak nic od tego wybitnego malarza nie przejął, unikał nawet jego korekty. Gdy udał się do petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych, to wytrzymał tam tylko… osiem dni. Tak naprawdę był samoukiem. Oryginalna samodzielność jest główną cechą jego talentu. Szedł on własną ścieżką przez cały czas krótkotrwałej kariery – zauważył krytyk tamtych czasów (1). Postrzegany był przez otoczenie jako ekscentryczny marzyciel – fantasta oraz osoba, która kocha tylko siebie.

„Krucjata dziecięca” – fragment

Czytaj dalej Witold Wojtkiewicz. „Krucjata dziecięca”

Jak malarze pole zaorali. Część 3

Przyznam, że jak patrzę na ten obraz stojąc od niego w znacznej odległości, to widzę przede wszystkim pejzaż, gdzie główną rolę grają kłębiące się chmury. Gdy natomiast przyglądam mu się z bliska, jestem przygnębiony. Fakt, że ciężko jest mi patrzeć na cierpienie człowieka i bydlęcia, nie może przysłaniać obiektywnej oceny dzieła malarskiego.

Bo to, że człowiek, który orze ziemię, popędzając batem dwa silne woły cierpi, to raczej nie podlega dyskusji. Zastanawia tylko dlaczego Ferdynand Ruszczyc na początku swojej malarskiej kariery wybrał taki temat? W 1897 roku ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Petersburgu, a już 1898 r. namalował obraz „Ziemia”. To niemalże malarski debiut.

„Ziemia” – fragment

Może nam to wyjaśnić prof. Irena Kossowska, która uważa, że artysta tym dziełem dał wyraz swemu twórczemu credo opartemu na panteistycznym pojmowaniu świata: dramatyczny teatr nieba skonfrontował tu ze skrawkiem surowej, nagiej ziemi; nabrzmiałymi deszczem chmurami przytłoczył drobną sylwetkę oracza popędzającego woły. Istota ludzka, jej doczesny byt i heroiczne próby okiełznania żywiołów podporządkowane są w artystycznej wizji Ruszczyca kosmicznym siłom, wpisane w plan Boskiego Stworzenia.

Czytaj dalej Jak malarze pole zaorali. Część 3

„Stańczyk” wg Leona Wyczółkowskiego

Prawdopodobnie gdyby nie portret Stańczyka pędzla Jana Matejki, postać tego królewskiego błazna dwóch ostatnich Jagiellonów poszłaby w narodową niepamięć. Leon Wyczółkowski malując obraz tej samej postaci w trzydzieści sześć lat później, świadomie nawiązał do jednego z najwybitniejszych obrazów Mistrza Jana.

Po zakończeniu malarskich studiów w Monachium, Leon Wyczółkowski postanawia kształcić się dalej. I o dziwo nie wybiera Paryża, Rzymu czy Monachium jak to wtedy było w obyczaju, tylko Kraków. Na Paryż i fascynację twórczością francuskich impresjonistów czas przyjdzie później, tak jak później powstaną impresjonistyczne płótna artysty. Póki co, właśnie w Krakowie Wyczółkowski na swojego mistrza, pod kierunkiem którego dalej się kształci, wybiera Jana Matejkę. Pozostaje pod jego urokiem przez pewien czas, jednak nie do końca swojej twórczej, a w przyszłości i pedagogicznej pracy, kiedy to w 1895 roku powołano go na stanowisko profesora malarstwa w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Uważał on, wg Ignacego Witza, że Matejko na tle europejskiej twórczości jest przestarzały, że ten romantyzm, który prezentuje, należy do świata, który minął. Nie miejsce jednak tutaj na omawianie życiorysu Wyczółkowskiego, bowiem okres bez mała 65 lat jego twórczości artystycznej, to częste zmiany techniki i stylów, choć zawsze pozostawał wierny realistycznemu widzeniu świata.

Leon Wyczółkowski „Stańczyk” – fragment

Czytaj dalej „Stańczyk” wg Leona Wyczółkowskiego

Stanisław Wyspiańskiego Chochoły na krakowskich Plantach

Pejzaż nie był główną domeną twórczości Wyspiańskiego. Niemniej powiedzmy szczerze, że wszystko co stworzył, od malarstwa, poprzez sztukę witrażu, polichromii, projektowania mebli czy wnętrz, po działalność ilustratorską czy scenograficzną, aż do literatury, stawia go w rzędzie osób, które odcisnęły piętno na całej kulturze narodowej przełomu wieków.

Natomiast w rodzinnym Krakowie na pewno wzruszył wiele osób swoimi pełnymi nastroju pastelami pokazującymi Planty i Wawel malowanymi o różnych porach dnia i roku. Stworzył też symbol chochoła. To różany krzew owinięty otuliną ze słomy, która chroni go przed zimowymi mrozami. Sen zimowy, to uśpione życie, które narodzi się na wiosnę, ale także metafora uśpionego w niewoli narodu.

Stanisław Wyspiański „Chochoły”, MNW

Czytaj dalej Stanisław Wyspiańskiego Chochoły na krakowskich Plantach