Pankiewicz i Podkowiński. Szermierze impresjonizmu w Polsce

Czy nie łatwiej było pójść śladami wcześniej przetartymi, które jednocześnie zaspakajały gusta krytyki i publiczności, skupić się na malarstwie historycznym, czy też tworzyć gładko malowane portrety chętnie zamawiane i kupowane przez nowobogackich, niż ruszyć drogą nieznaną w swoim kraju i uprawiać sztukę, której tak naprawdę nikt nie rozumiał, a co gorsza, nawet nie chciał zrozumieć? Oczywiście, że łatwiej, ale o ile polska historia sztuki byłaby uboższa, gdyby nie dwaj bardzo młodzi artyści, którzy pewnego roku u schyłku XIX wieku odwiedzili Paryż. Bywali w tym czasie w światowej stolicy sztuki i inni Polacy, ale tylko ci dwaj na tyle zafascynowali się nowym trendem w malarstwie, że postanowili tworzyć w tym duchu. Śmiem twierdzić, być może z lekką przesadą, że gdyby nie oni, to teraz nie mielibyśmy szansy oglądać w polskich muzeach obrazów malowanych paletą impresjonistyczną, bo jeden obraz Moneta i kilka innych, mniej znaczących, to jednak zbyt mało. Przypuszczam, że w ogóle nie byłoby takiego pojęcia jak „polski impresjonizm”. Choć tak naprawdę okres ten jest tak krótki, że w liczbach bezwzględnych dla dziejów sztuki prawie niezauważalny, bo trwający zaledwie pięć lat, to jednak jest w jakiś sposób wyodrębniany i to dzięki tym dwóm malarzom – Józefowi Pankiewiczowi i Władysławowi Podkowińskiemu. Najczęściej w literaturze przedmiotu określa się ich „prekursorami” impresjonizmu w Polsce. Ja w tytule niniejszego szkicu pozwoliłem sobie użyć określenia „szermierze”. Nie pamiętam obecnie kto zastosował owo pojęcie jako pierwszy (Józef Czapski?) lecz moim zdaniem ono najdokładniej oddaje to, co przeżywali ci artyści, próbując wprowadzić na polski grunt założenia tego kierunku. „Szermierz” bowiem walczy mieczem (szablą, szpadą), tak jak oni walczyli o swoje racje z pędzlem w dłoni. Przeciwników mieli nie lada mocnych, cała niemal krytyka i publiczność była zirytowana, a nawet zacietrzewiona takim sposobem malowania.

W. Podkowiński „Autoportret” (1892), MNW (fot. Domena publiczna)

Powszechnie obśmiewano ich prace. Znaleźli się i tacy, co kazali im iść do okulisty, skoro tak widzą rzeczywistość. Byli i bardziej nieprzejednani, którzy uważali, że „toczy ich rak”, a jeden z dziennikarzy podpisujący się inicjałem „M” twierdził, że to co malują, to są rzeczy dziwaczne aż do obrzydliwości. Można nimi raz upstrzyć ścianę wystawy, ze względu na to, że stanowią okazy szkoły, ale ponieważ ta szkoła jest tylko karykaturą, przeto nie godzi się powtarzać eksperymentu. Widzowie, raz poznawszy co to jest ów impresjonizm, mają go już dosyć (1). Zresztą we Francji od dwóch dekad już trwała batalia o impresjonizm, gdzie nierzadko o tych obrazach mówiono, że to „hańba, brzydota i odraza”. A teraz są dumą i ozdobą najważniejszych muzeów i galerii świata.

Rok 1889 we Francji i jej stolicy, jest rokiem nadzwyczaj szczególnym. Wtedy to przypada stulecie Republiki. Z tej okazji zorganizowana zostaje kolejna Wystawa Światowa z ogromnym działem prezentującym dokonania sztuki światowej i retrospektywę sztuki francuskiej. Wtedy to także wybudowano najbardziej chyba rozpoznawalną budowlę globu, Wieżę Eiffla. Także wczesną wiosną tego roku do Paryża przybywa dwoje przyjaciół, ledwo dwudziestotrzyletnich adeptów malarstwa, Podkowiński i Pankiewicz. Używam świadomie pojęcia „adepci”, gdyż nie można w tym czasie jeszcze powiedzieć o nich „malarze”. Ledwo ukończyli naukę w jedynej w Królestwie Polskim uczelni artystycznej, zwanej wtedy oficjalnie Warszawską Klasą Rysunkową, a najczęściej popularnie „szkołą Gersona” oraz jeden rok jako wolni słuchacze w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. Tam zajmują ostatnie dwie lokaty i zostają uznani za najgorszych rysowników. Te noty otrzymali nie z uwagi na to, że byli słabi w tej dziedzinie, tylko dlatego, że tworzyli według własnych poglądów, co tamtejszym profesorom niezbyt się podobało. Następne dwa lata spędzone w Warszawie to czas kształtowania się ich postawy artystycznej i grawitowania ku Aleksandrowi Gierymskiemu jako malarzowi i Stanisławowi Witkiewiczowi jako krytykowi sztuki. Szczęśliwie wybrali na swoich mistrzów właściwe osoby, choć o całkowicie odmiennych poglądach niż te, które prezentowali ich dotychczasowi nauczyciele. Pankiewicz co prawda już malował, choćby Targ na jarzyny na Placu Żelaznej Bramy w Warszawie, gdy Podkowiński przeciwnie, nie rwał się zbytnio do płótna i oleju. Robił ilustracje do warszawskich czasopism periodycznych. Jeszcze w Paryżu mówił do przyjaciela, „ty będziesz malarzem, a ja rysownikiem”. Próbował nawet sprzedać swoje rysunki, jednak nikt tam nie był nimi zainteresowany.

J. Pankiewicz „Autoportret” (1900-1901) MNW (fot. Domena publiczna)

Biedni byli ci nasi malarze. Na szczęście po wielu latach pobytu w Paryżu, osiągnięciu sukcesów artystycznych (Grand Prix na wspomnianej Wystawie) i zarobieniu dużych pieniędzy, do kraju wraca Józef Chełmoński. Na przedmieściach miasta pozostawia prawdopodobnie opłaconą do końca roku dużych rozmiarów pracownię. Przyjaciele w niej właśnie zamieszkują. To, że była ogromna, miało kapitalne znaczenie, gdyż już w zimnych okresach nie było stać ich na jej ogrzanie, że o pieniądzach na choćby najlichsze jedzenie nie wspomnę. Pankiewicza i Podkowińskiego nikt w świat paryski nie wprowadza, muszą go sami odkrywać. Materialnie są zaopatrzeni arcyskromnie. Mieszkają na prawym brzegu Sekwany w okolicy Place Pereire (…); jest to nowy Paryż. Obiadują w taniej polskiej jadłodajni na południowym krańcu Paryża. (…) Codzienna piesza wędrówka (…) zajmuje artystom pięć kwadransów w każdą stronę (2). Może i dobrze, że byli pozostawieni sami sobie. Tam, w tym czasie przebywali i inni Polacy, ale impresjonizmu w pełni nie zaakceptowali, no może za wyjątkiem Wyczółkowskiego oraz później Ślewińskiego, którego zauroczył Paul Gauguin, ale to już inna bajka. Zwiedzają muzea, odwiedzają marszandów, by sprzedać rysunki Podkowińskiego. Za tłumacza służy oczywiście Pankiewicz, który jeszcze w Warszawie zaczytywał się w oryginalnych pracach Zoli. Wtedy po raz pierwszy oglądają kilka obrazów Moneta u jednego z marszandów na Montmartrze, dzielnicy artystów. Wówczas prawie żadna z galerii nie miała do sprzedania prac impresjonistów, bo zwyczajnie nikt nie był nimi zainteresowany. Ale akurat ten jeden marszand miał. Nazywał się Theo van Gogh. Tak, to rodzony brat słynnego Vincenta, jedyna jego podpora w całym wybitnie twórczym, a przy tym biednym finansowo życiu. W ciągu lata zwiedzają Pankiewicz i Podkowiński wielką wystawę Moneta. Powoduje ona przewrót ich pojęć malarskich – obaj przechodzą do obozu impresjonistów (3). Wcześniej jednak były kłótnie o obejrzane płótna francuskiego mistrza. Razem pokazano wtedy 140 jego prac, a dodatkowo szereg rzeźb Rodina. Pankiewicz był zachwycony, przyjaciel powściągliwy. Pomimo, że mieszkali razem, przez miesiąc nie rozmawiali ze sobą z uwagi na rozbieżność poglądów. Uległ Podkowiński, z właściwym sobie entuzjazmem i otwarciem na to co nowe, przyznaje rację koledze.

Gdy kończy się rok 1890, przyjaciołom kończą się także pieniądze. Decyzja może być tylko jedna. Pakują więc namalowane w Paryżu swoje impresjonistyczne obrazy, te tworzone w plenerze czy z okna pracowni, wsiadają w pociąg i wracają do kraju, do Warszawy. Ten powrót był zbyt wczesny, bo tak naprawdę nie było już do czego wracać. Witkiewicz leczy się w Zakopanem, Gierymski opuszcza kraj, nędza artystyczna hula po stolicy Kongresówki. Na miejscu spotyka ich poważne zaskoczenie. Mieli nadzieję, że przywiezione prace powstałe w światowej stolicy sztuki, tworzone zgodnie z najnowszym trendem, który po 20 latach walki z akademikami przebił się przez zatwardziałe nawet umysły, znajdą tu choćby lekką akceptację. Podkowiński na początku 1890 roku daremnie próbował wystawić swe paryskie obrazy w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych. Odrzucone przez stojące na straży tradycyjnych wartości jury Zachęty prace – Jesień, Fragment lasu w Fontainebleau, Portret młodego mężczyzny, Krajobraz i Latarnika, zaprezentował jednak, wraz z obrazami Pankiewicza Salon Aleksandra Krywulta (4). Mieścił się on w Hotelu Europejskim i był nazywany „salonem wyklętych”, który do pewnego stopnia był warszawskim odpowiednikiem paryskiego Salonu Odrzuconych. Pankiewicz prezentuje Pejzaż, Portret damy przed lustrem, Przy czerwonej lampie, Studium (5). Jak zostały one przyjęte? Oddajmy głos jednemu z bardziej znanych krytyków sztuki owych czasów, Cezaremu Jellencie, który tak oto skomentował zaprezentowane paryskie obrazy. Żywioł świeżo sprowadzony z Paryża przedstawiają dzieła Podkowińskiego, tak zarażone impresjonizmem, że aż pstro się robi człowiekowi w oczach. Fioletowe drzewa, niebieski pies, różowy parkan, karminowe kałuże itp. mające razem składać się na „Jesień”, rażą wprost śmieszną manierą, nienaturalnością, a jeśli podobają się jakiemu z malarzów, to mu zazdroszczę…oczów (6).

J. Pankiewicz „Targ na kwiaty…” (1890), MNP

Jakby tego jeszcze było mało, Pankiewicz w marcu wystawia w Zachęcie Targ na kwiaty przed kościołem Sainte-Madeleine w Paryżu, malowany oczywiście w czasie ówczesnego pobytu. Zaczął tworzyć go w konwencji realizmu, podobnie jak nagrodzone wcześniej na Wystawie Powszechnej srebrnym medalem płótno Targ na jarzyny na Placu za Żelazną Bramą. Zresztą dzięki jego sprzedaży artysta mógł w ogóle wyjechać do Paryża. Tam spotyka jego nabywcę, bogatego ziemianina Ignacego Korwina-Milewskiego. Jednak już wcześniej zaczyna przemalowywać płótno nadając mu intensywne kolory i chropowatą fakturę zgodnie z technikami impresjonistycznymi. Korwin-Milewski jest zainteresowany co też malarz obecnie tworzy. Udaje się więc do pracowni. Dalej, według Józefa Czapskiego, ucznia Pankiewicza, rzecz się dzieje następująco. Gość ogląda w milczeniu niedokończony jeszcze „Targ na kwiaty” i po chwili zwraca się do malarza z taką oto propozycją: Zrobi mi pan takie samo płótno, ale nieba musi być o 40 centymetrów więcej – i (przejeżdżając paznokciem po obrazie) musi być namalowany zupełnie na gładko (7). Pankiewicz zdecydowanie odmawia pomimo, że ten zamożny człowiek jest wtedy jego jedynym sponsorem, a sam artysta ubogi jak przysłowiowa mysz kościelna. Choć malowidło założeń impresjonizmu jeszcze w pełni nie realizowało, miało charakter raczej kompromisowy, to jednak u publiczności zachwytów nie wzbudziło, a wręcz przeciwnie, tylko słowa ostrej krytyki i to do tego stopnia, że Zachęta zaniechała pokazywania dzieł naszych młodych impresjonistów. Pisze krytyk tamtych czasów: obraz jest niczym innym, jak zbiorem plam, które z daleka nikną wprawdzie trochę, nie sprawiają jednak zupełnej ułudy rzeczywistości. Jest to rodzaj fatamorgany, która z daleka wydaje się czymś, a z bliska jest niczym (8). No cóż, tak wtedy było. Nie tylko w Polsce wykazywano niezrozumienie, że można malować inaczej, niż przez wieki nauczali akademicy. Zdziwienie budzi dziś myśl, że ten subtelny obraz, przedstawiający rozświetlony słońcem Paryż, kobiety w kolorowych długich sukniach przechadzające się w alei z kwiatami, barwne stragany kipiące od bukietów, zieleń drżących liści i błękitne niebo, mógł być powodem tak wielkiego zacietrzewienia krytyki i irytacji publiczności (9). Tego kierunku w malarstwie na początku jego rozwoju nigdzie nie akceptowano, ale jednak historia przyznała rację artystom. Nie ma dzisiaj na świecie muzeum, które nie chciałoby posiadać dzieł impresjonistów. „Targ na kwiaty” jest w mojej ocenie najlepszym obrazem jaki kiedykolwiek Pankiewicz namalował. Na szczęście dzieło to zachowało się do naszych czasów („paryskie” prace Podkowińskiego niestety nie) i możemy je oglądać w Muzeum Narodowym w Poznaniu.

W. Podkowiński „Dzieci w ogrodzie” (1892), MNW

Po tych wydarzeniach drogi dwóch malarzy rozchodzą się. Pankiewicz jedzie do Kazimierza Dolnego, gdzie maluje szereg obrazów, oczywiście stosując impresjonistyczną paletę, jak m.in. przecudnej urody „Wóz z sianem”. Podkowiński podejmuje pracę rysownika w „Tygodniku Ilustrowanym” i rusza w Polskę. Dużo czasu spędza także w mazowieckich majątkach swoich przyjaciół, gdzie powstaje wiele dzieł tworzonych oczywiście w tej technice, w tym jeden, który wywarł na mnie największe wrażenie, Dzieci w ogrodzie z 1892 roku. W pełnym kolorowych kwiatów ogrodzie widzimy dwoje dzieci. Ten wyższy, wtedy sześcioletni, z konewką w ręce, to Tadeusz Kotarbiński, w latach dorosłości światowej sławy filozof i uczony. Chłopiec mniejszy, przyglądający się „pracy” starszego brata, to Mieczysław Kotarbiński, przyszły artysta plastyk, twórca m.in. projektu buławy marszałkowskiej dla Józefa Piłsudskiego, zamordowany przez hitlerowców w czasie II wojny światowej. Pierwszy do impresjonizmu zraża się Pankiewicz, który już w 1892 roku maluje ostatni obraz z zastosowaniem tej palety, nokturn „Rynek Starego Miasta w Warszawie nocą”. Zniechęcony chłodnym, a często wręcz prześmiewczym przyjęciem przez publiczność i krytykę jego dzieł, ten wszechstronnie wykształcony intelektualista zaczyna skłaniać się ku symbolizmowi. Podkowiński także odchodzi od impresjonizmu, ale o dwa lata później i zaczyna również malować „ciemne” obrazy. Jednak przyczyn jego zmiany postawy należy upatrywać gdzie indziej. Być może była to nieszczęśliwa miłość do zamężnej kobiety, a być może postępująca gruźlica, na którą zapadł w zimnej paryskiej pracowni, a teraz dawała już mocno o sobie znać. A może i jedno i drugie. Zniechęcony do życia nie chciał się nawet leczyć. Nie może dziwić więc, że symbolizm bardziej odpowiadał stanowi jego ducha, niż kolorowe, pełne słońca i oddechu obrazy. I choć uważa się, że najlepszym dziełem Podkowińskiego jest stworzony w duchu symbolizmu „Szał uniesień”, to dla mnie jednak jego najpiękniejsze obrazy pochodzą z okresu fascynacji impresjonizmem. Zresztą umiera niedługo, na początku 1895 roku, a jego przyjaciel, Pankiewicz, przeżywa go o lat czterdzieści pięć.

Czy w Polsce istniał impresjonizm jako kierunek w sztuce? Część badaczy uważa, że raczej powinniśmy mówić o epizodzie impresjonistycznym. Znawczyni tematyki, Wiesława Wierzchowska twierdzi, że tylko w nielicznych polskich obrazach impresjonistycznych i to znajdujących się niemal wyłącznie w dorobku Podkowińskiego i Pankiewicza – mimo, że równolegle prawie z nimi podjął próby malarstwa impresjonistycznego Leon Wyczółkowski – manifestuje się dojrzały impresjonizm (10). Wystawa „paryskich” obrazów tej pary artystów w Salonie Krywulta, początek 1890 roku, to konkretna data pierwszego wystąpienia impresjonizmu w Polsce, przy czym jest to od razu demonstracja wyrazista, programowo czysta i oznaczająca początek stałej aktywności nowego ruchu, który trwać będzie przez lat mniej więcej pięć (11). Wczesne obrazy dwójki przyjaciół, Józefa Pankiewicza i Władysława Podkowińskiego, tworzone w tym nurcie, spowodowały przewrót w polskim malarstwie. Były one pozbawione ideologii czy historyzmu wynikającego z patriotycznych obowiązków artysty żyjącego w kraju będącego pod zaborami, a ich pierwsze prezentacje dzieł uznaje się za początek sztuki nowoczesnej w Polsce (12).

Artykuł został pierwotnie opublikowany w numerze 2-3/2015 kwartalnika  Krytyka Literacka

Przypisy:

  1. M: „Sztuki plastyczne”, „Tygodnik Mód i Powieści” 1890, nr 43. Cyt. za: „Teksty o malarzach 1890-1918”, Wrocław 1976.

  2. J. Czapski: „Józef Pankiewicz. Życie i dzieło. Wypowiedzi o sztuce”. Lublin 1992.

  3. Tamże.

  4. I. Kossowska: „Władysław Podkowiński”. Warszawa 2006.

  5. A. Bernat: „Józef Pankiewicz”. Warszawa 2006.

  6. C. Jellenta: „Świat muz. I”. „Przegląd pracowni malarskich”, „Prawda” 1980, nr 8. Cyt. za: „Teksty o malarzach…”, dz.cyt.

  7. J. Czapski, dz. cyt.

  8. A. Bereza: „Wędrówki po wystawach”. „Kurier Codzienny” 1890, nr 97. Cyt. za: „Teksty o malarzach…”, dz. cyt.

  9. A. Bernat, dz. cyt.

  10. W. Wierzchowska: „Władysław Podkowiński”, Warszawa 1981.

  11. Z. Kępiński: „Impresjonizm”,Warszawa 1982.

  12. Por. E. Charazińska: „Władysław Podkowiński”, Wrocław 2002; A. Bernat, dz.cyt.

Dodaj komentarz