A wszystko zaczęło się w Puławach. Pierwsze muzeum w Polsce

Jest mi niezmiernie miło pisać ten tekst. Dlaczego? Ponieważ historia tutaj opowiedziana łączy się z miejscowością, w którym spędziłem najpiękniejsze lata dzieciństwa; z Puławami, miastem leżącym w woj. lubelskim.

Świątynia Sybilli w Puławach

Tak naprawdę to na przełomie XVIII/XIX wieku Puławy stały się stolicą kulturalną, a nawet i polityczną Polski. Tam właśnie księżna Izabela z Flemmingów i książę Adam Kazimierz Czartoryscy w czwartej ćwierci XVIII wieku założyli swoją nową siedzibę i skupili wokół siebie prawie całą elitę intelektualną kraju. Czartoryscy, wielcy patrioci, wspierali Kościuszkę; carscy siepacze w odwecie dokonali wielu zniszczeń w ich rezydencji. Księżną Izabela zarządziła od razu restaurację swoich dóbr oraz wzniesienie nowych budowli. W pałacowym parku powstały dwa najważniejsze gmachy – Świątynia Sybilli oraz Dom Gotycki. Budynek Świątyni Sybilli z wiele mówiącym napisem nad wejściem „Przeszłość – Przyszłość”, czyli wyznaczający misję jaką sobie fundatorka postawiła do wykonania, w 1801 r. stał się pierwszym w Polsce muzeum. Właśnie tutaj księżna Izabela rozpoczęła gromadzić zbiory zawierające pamiątki narodowe, a także stworzyła podwaliny znamienitej kolekcji dzieł sztuki światowej. Zapoczątkowane wtedy zbiory na przestrzeni kolejnych lat trudnej historii naszego kraju spotykały różne losy, ale do dnia dzisiejszego wiele pochodzących z tamtych czasów arcydzieł możemy oglądać naszym kraju (obecnie już wykupione od Fundacji Czartoryskich przez państwo polskie *). No może z wyjątkiem jednego z najcenniejszych, Portretu młodzieńca pędzla Rafaela (choć wiele innych też nie wróciło), który to obraz zrabowali Niemcy w czasie II wojny światowej i do dnia dzisiejszego nie został odnaleziony.

Teraz musimy cofnąć się o dwa i pół wieku wstecz. Był rok 1774 kiedy to Jan Piotr Norblin, artysta francuskiego pochodzenia, został sprowadzony do Polski przez Czartoryskich i stał się ich malarzem nadwornym, a także nauczał książęce dzieci sztuki malarskiej. Przywiózł wtedy ze sobą płótno Rembrandta Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem, które zakupił na aukcji w Paryżu w tym samym roku. Obraz wszedł w posiadanie Czartoryskich w 1813 r. i został umieszczony w puławskich zbiorach. Dalsze losy arcydzieła były tak pogmatwane jak losy Polaków. Uciekł przed powstaniem listopadowym do Paryża, stamtąd przed następstwami Komuny Paryskiej powraca ponownie do Polski w 1876 r., by w 1939 roku przepaść bez wieści zrabowany przez Niemców wraz z resztą kolekcji książąt Czartoryskich na długie lata. Po wojnie, rewindykowany dzięki staraniom Karola Estreichera, wrócił do Krakowa.

Dom Gotycki w Puławach

Z czego jak z czego, ale z malowania krajobrazów Rembrandt Harmenszoon van Rijn na pewno nie słynął. Namalował ich tylko kilka, a za najsłynniejszy uważa się „Pejzaż z kamiennym mostem”, który powstał około roku 1636. Niemniej ten nasz „polski” jest o tyle ciekawszy, że należy do tzw. pejzaży burzowych Rembrandta, których artysta spłodził tylko trzy. Zresztą od początku jego powstania nosił nazwę Widok burzy. Dopiero tak w końcu XIX w. dopatrzono się, że gdzieś tam w oddali znajduje się postać człowieka siedzącego na koniu. Dlatego też zestawiono tę scenę z ewangeliczną Przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10, 30-37). Jak pisze wspomniany Karol Estreicher o twórczości Rembrandta jego koloryt na ogół ciemny, brązowy, rozjaśniony jest zawsze błyskami światła, mającego niespodziewane źródło. Tak samo i jest tutaj. Obraz przedstawia pejzaż w czasie krótkiej burzy. Dorota Dec** opisująca to dzieło zauważa, że światło – jako symbol dobra – współgra z miłosiernym czynem Samarytanina, który został przeciwstawiony panującemu w świecie złu, symbolizowanemu w obrazie Rembrandta przez burzową ciemność. Rozległy pejzaż stanowi połączenie biblijnego, egzotycznego krajobrazu (po lewej mury i kopuły orientalnego miasta, a po prawej, pośród północnych drzew, widoczna palma) z rodzimym pejzażem holenderskim (wiatraki na murach miasta). Łącząc w obrazie elementy biblijne z motywami zaczerpniętymi z holenderskiej rzeczywistości XVII w., artysta wzmocnił wymowę ewangelicznej przypowieści, nadając jej wymiar wręcz uniwersalny. To co się stało, może wydarzyć się znowu, zawsze i wszędzie, ponieważ przypowieść Chrystusa o miłości bliźniego jest wciąż aktualna.

Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem

Jan Strzałka w Tygodniku Powszechnym (Nr 31/2006) dostrzega, że wtedy gdy wyłączamy światło elektryczne w sali, gdzie eksponujemy ,,Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem”, salę rozjaśnia wręcz naturalny blask bijący z obrazu, którego źródło trudno ustalić. Przyglądając się dłużej dziełu Rembrandta, czujemy, jak światło wylewa się z obrazu, ale czy to jedynie sprawnie namalowane światło słoneczne, czy ukryta w materii obrazu wewnętrzna energia, która porusza nasze zmysły i wciąga w obraz niczym w pułapkę?

Wydaje mi się, że chyba i ja miałem takie wrażenie, choć zapewne w czasie oglądania obrazu jeszcze nieuświadomione, ale teraz pisząc ten tekst czuję, jakby na nowo ta energia płynąca z obrazu powracała i kazała mi powiązać piękne lata mojego dzieciństwa, z pięknem dzieła Rembrandta.

* Tekst napisałem w 2014 r.

** Cytat zaczerpnięty ze strony internetowej Fundacji Książąt Czartoryskich.

Rembrandt van Rijn Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem namalował 1638 r. Technika: olej na desce dębowej, o wymiarach 46,2 × 65,5 cm.

Dodaj komentarz