Dziesięć obrazów, które należy obejrzeć w Muzeum Narodowym w Poznaniu

Po raz trzeci zaprezentujemy ulubione przez nas obrazy. Po Muzeum Narodowym w Krakowie i Warszawie, przychodzi czas na Muzeum Narodowe w Poznaniu. Tam również znajdują się przepiękne zbiory polskiego malarstwa. O ile w MNW wszystko prezentowane jest w jednym budynku, a w MNK musimy zajrzeć do dwóch oddziałów oddalonych od siebie o kilka małych kilometrów, to z Poznaniem sprawa nie już taka prosta. Pewna część zgromadzonych tam zbiorów, w tym obrazów, należy do Fundacji im. Raczyńskich działającej od 1990 roku przy Muzeum Narodowym w Poznaniu i znajduje się w Pałacu Rogalinie. Ale, jak mów przysłowie, nie ma tego złego…. No właśnie, jest tylko to dobre. Dlatego zachęcamy aby udać się do Rogalina, gdzie oprócz obrazów zawieszonych w Rogalińskiej Galerii, zwiedzimy przepiekany pałac wraz z otaczającym go jakże uroczym parkiem. I jeszcze jedna ważna informacja. To w Rogalinie będziemy mogli obejrzeć, oprócz proponowanych przez nas malowideł, największy obraz jaki wyszedł spod pędzla Jana Matejki.

Przedstawimy zatem siedem dzieł prezentowanych w Poznaniu i trzy w Rogalinie.

Kilkakrotnie powołamy się tutaj na opisy prezentowanych dzieł, które umieszczone są przy obrazach w poznańskim muzeum. Ten zwyczaj bardzo nam się podoba.

I oczywiście jak za każdym razem – wybór jest całkowicie subiektywny.

Muzeum Narodowe w Poznaniu Aleje Marcinkowskiego 9, sobota – wstęp bezpłatny.

Muzeum Pałacu w Rogalinie, wtorek – wstęp bezpłatny.

MUZEUM NARODOWE W POZNANIU

Józef Chełmoński „Orka” (1896 rok), olej/płótno; wymiary: 144 x 217 cm

„Orka” uznawana jest przez samo muzeum za jedno z dzieł, które jest ozdobą Galerii i dzięki któremu możemy sobie wyobrazić tamte czasy i tamten znój. Choć tytuł obrazu sugeruje, że przedstawia on tylko pracę i jest jednym z dzieł rodzajowych, to jednak gdy bliżej przyjrzymy się temu monumentalnemu malowidłu, to na horyzoncie dojrzymy pod różowym niebem o brzasku, nadnaturalnej wielkości krzyż, dzięki któremu dochodzimy do głównego znaczenia tego obrazu. Staje się on pewnym sensie dziełem religijnym. Ta praca i chłop połączony z ziemią, i ten krzyż stanowią, że płótno to możemy zaliczyć do najbardziej „rdzennie polskich” dzieł malarskich.

Chełmoński po kilkunastoletnim pobycie w Paryżu wraca do kraju, a po dwóch latach zakupuje mały dworek i prowadzi gospodarstwo rolne w Kuklówce na Mazowszu. Utrzymuje czasami kontakty z właścicielami pobliskich Radziejowic, czy też z rodziną Górskich z niedaleko położonego majątku w Woli Pękoszewskiej. Przede wszystkim z córką właścicieli Pią Górską. Młodziutka wówczas dziewczyna była nadzwyczaj oczarowana obrośniętym już legendą artystą, sama próbowała malować, a w roku 1932 opublikowała drukiem swoje wspomnienia o Chełmońskim. Zajrzyjmy więc do tej książki i przeczytajmy, co też panna ta napisała o procesie powstawania „Orki”. Opis ten jest bardzo szczegółowy i długi, dlatego przedstawimy tu tylko jego fragmenty.

Jeden z największych obrazów malowanych przez Chełmońskiego na początku naszej przyjaźni, był obstalunek ś.p. Adama Krasińskiego. Ordynat nie narzucił mistrzowi określonego tematu, prosił tylko, by dzieło wyobrażało Pracę. (…) Chełmoński zrobił w Kuklówce szkic do obstalowanej pracy: złotawy ranek, w dali linijka wioski z tradycyjnym krzyżem, na pierwszym planie chłop orze czarną ziemię postępując za parą pracujących, wyprężonych w ciężkim wysiłku wołów. Mistrz miał się już zbierać do przeniesienia szkicu na płótno, gdy powstała nagle nieprzewidziana trudność. Żaden z sąsiednich gospodarzy nie chciał pozować na oracza, ani też wypożyczyć mu wołów. (…) Artysta opowiedział nam swe malarsko – gospodarskie kłopoty, a wtenczas mój ojciec wpadł na szczęśliwy pomysł i zaproponował, albo posłać rataja z wołami do Kuklówki, albo też odstawić parę wołów w Woli, do wyłącznego użytku malarza.

Dalej rzecz miała się następująco: malarz pojechał do majątku Górskich na wiele dni, wybrał woły i modela, którego ubrał w długą koszulę, przepasał pasem, zabrał sztalugi i płótno i poszedł w pole. Miał w tym plenerze kłopoty ze światłem, narzekał – „prawdziwa mordęga z tym malowaniem”, ale ojciec panny Pii wymyślił wybudowanie rusztowania pokrytego materiałem, tak aby zacieniować obraz. Artysta nie lubił gdy patrzy mu się na ręce podczas malowania, jednak autorka owych wspomnień dzięki swoistemu fortelowi mogła tego zaszczytu dostąpić. Tak oto krótko opisała proces twórczy dzieła: „Rzecz wydawała się całkiem prosta. Najpierw szkic kompozycyjny, potem przeniesienie go na większe płótno, a następnie malowanie wszystkiego co można z natury”.

Aleksander Gierymski „Opera paryska w nocy”, (1891 rok), olej/płótno; wymiary: 161 x 129,5 cm

Artysta namalował dwa takie same obrazy jeden po drugim – czyli wykonał replikę z własnego dzieła. Obydwa są własnością Muzeum Narodowego w Warszawie, ale ten drugi przebywa w depozycie w poznańskim muzeum od 1956 roku i tam możemy go oglądać na ekspozycji stałej. W początkach lat 90. XIX wieku artysta przebywał w Monachium i Paryżu. To tam przede wszystkim zagadnienie koloru i światła przyjęło u artysty „skrajną” formę, ponieważ zainteresował się nokturnem miejskim, stanowiącym dla niego prawdziwe wyzwanie. Stanisław Witkiewicz pisał o artyście, że jest to jedyny polski malarz, który jest rzeczywiście malarzem, który wszystko modeluje kolorem – dla którego nie ma umówionych i stałych przypraw. Obraz „Opera paryska w nocy”mówiąc najprościej przedstawia plac przed gmachem Opery paryskiej (Opera Garnier), gdzie – jak pisze M. Wróblewska w słabym świetle latarni gazowych majaczy budowla, a przed nią wyłaniają się z mroku postaci przechodniów i dorożki (…). Głównym problemem malarskim, z jakim mierzył się Gierymski, było zróżnicowanie walorowego natężenia ciemnych barw zmierzchu czy nocy. Próbował oddać też wrażenie skomplikowanych efektów światła lamp gazowych, które oświetlały ulice metropolii. Słabe, mgliste światło, rozproszone w półcieniach, częściowo tylko określa bryły budowli, a jego odblaski wydobywają z mroku zaledwie zarysy sylwetek ludzi.

Choć zainteresowanie Aleksandra Gierymskiego zjawiskami luministycznymi było bardzo istotne w jego twórczości, to jednak ten obraz ma niewiele wspólnego z impresjonizmem, niemniej jest o wiele bliższy temu kierunkowi w sztuce od dzieł, które malował w okresie warszawskim.

Muzeum Narodowe w Poznaniu ma dobry zwyczaj umieszczania przy części obrazów tabliczek z ich opisem. Oglądający to malarskie dzieło będzie mógł tam przeczytać następujące słowa.

Kompozycja płótna obfituje w skomplikowane, budowane na skosach ujęcia i ukazuje nierównomierny wielokąt Placu Opery ze spiesznie mijającymi się osobami. Ciemność potęguje izolację spacerujących, podążających w różne strony. W obrazie ważniejsze jest sugerowanie wywołanych nocną porą uczuć, alienacja i zagubienie w wielkim mieście, niż rzeczowa rejestracja wydarzeń. Na pierwszym planie, nad dolną krawędzią sportretowany został Charles Garnier, architekt Opery.

Ludwik de Laveaux „Moulin Rouge w Paryżu nocą”, (1892 rok), olej/deska; 19,5 x 19 cm

Podobno śmiano się z niego gdy codziennie w nocy szkicował paryskie pejzaże. Ale on nie zważał na nic, uparcie robił swoje. Wilgotne noce miasta nad Sekwaną odebrały mu zdrowie. Odebrały mu także i życie w wieku niespełna 26 lat. „De Laveaux zmarł w Paryżu na suchoty, w wieku, w którym wielu zaledwie pierwsze bojaźliwe stawia kroki w dziedzinie, która dla niego tajników nie miała.I całkowitą prawdę zawarł w tym jednym zdaniu wybitny krytyk tamtych czasów. De Laveaux uważany jest bowiem obecnie za jednego z najbardziej utalentowanych malarzy okresu Młodej Polski. W jego paryskich nokturnach widać wpływ Aleksandra Gierymskiego. Pisze biografka artysty Aleksandra Melbechowska-Luty:

… w ostatnich latach życia Ludwik znów poszedł za Aleksandrem i spróbował tych samych, co on doświadczeń. Korzystał z lekcji swego „mistrza”, ale w rezultacie wyraził osobiste przeżycia i zdobył się na własne rozwiązania formalne.Poszukiwał wciąż nowych środków dla oddania realiów i nastroju noc, zarówno jej naturalnego, rzeczywistego widoku,jak i mistycznego pierwiastka wyzwalającego lęki i ciemne przeczucia.(…) Głównym tematem nokturnów De Laveaux stało się miasto, jego budynki, place, ulice i zaułki, jego „drugie”, rozkwitające po zmierzchu życie.

I właśnie z tym „drugim życiem” miasta mamy do czynienia w malowanym w kwadracie obrazie „Moulin Rouge w Paryżu nocą”. Płótno „niepodobne do niczyich obrazów”. Przedstawia ono znany kabaret, „tancbudę, matecznik paryskiego piekła”. Jego sylwetka pokazana została – jak notuje Irena Kossowska – jako „płonąca czerwienią na tle nocnego nieba, jak szatańska latarnia, która przyciąga do siebie nocne ćmy”. I wiemy o tym teraz znając historię tego miejsca. Taką „nocną ćmą” był zapewne Henri de Toulous-Lautrec. To tutaj spędził dużą część swojego życia ten kaleki francuski artysta. Zrobił nawet jako pierwszy plakat dla tego swawolnego kabaretu. Gdy zawisł on we wszystkich możliwych punktach metropolii, wywołał u wielu oburzenie, ale przy tym paradoksalnie przyniósł artyście sławę, a sam kabaret ze zwykłej tancbudy, gdzie tańczono kankana, stał się i po dziś dzień jest jednym z najbardziej znanych miejsc rozrywki na świecie. Zapewne jakby nie był tak znany, to nasz malarz być może nie poświęciłby mu swojego pędzla.

Józef Mehoffer „Plac Pigalle w Paryżu”, (1894 rok), olej/tektura; wymiary: 26 x 34 cm

Józef Mehoffer pozostawił po sobie okazałą spuściznę artystyczną. Wiele jego obrazów jest bardziej słynnych i na pewno ciekawszych artystycznie od Placu Pigalle wiszącego na ścianie Muzeum Narodowego w Poznaniu. Wspomnę tu tylko monumentalnym „Dziwnym ogrodzie”, znajdującym się w Muzeum Narodowym w Warszawie, o którym pisaliśmy wcześniej. Niemniej to małych rozmiarów malowidło, nie wiedzieć czemu, przyciąga wzrok widza niejako bezwiednie, każąc mu na dłuższą chwilę się przy nim zatrzymać , a także podumać nad ulotnością chwili i zmiennością świata, w którym żyjemy.

Po otrzymaniu stypendium, mając 22 lata, Józef Mehoffer wraz ze swoim przyjacielem Stanisławem Wyspiańskim, wyjeżdżają do Paryża. Artysta zostanie tam z małymi przerwami przez kolejne pięć lat, tworząc w tym czasie około 50 różnego rodzaju dzieł. Stypendium to było ufundowane przez krakowską uczelnię plastyczną pomimo, że jej „guru”, Jan Matejko, nie był zachwycony tym, że jego dwaj najzdolniejsi uczniowie jadą w miejsce, które może ich „zarazić” nowymi prądami sztuki zachodniej, wówczas coraz śmielej się tam objawiającymi. Mistrz Jan bowiem, jak wiemy, nie był zwolennikiem naśladownictwa nowych kierunków w malarstwie, stał nieustannie na straży akademizmu w sztuce. Jednak młodzi artyści spotykają na miejscu rodaka, kilkanaście lat od nich starszego Władysława Ślewińskiego, który nie tylko staje się im przewodnikiem po obcym mieście, ale także jako zwolennik owej nowej sztuki wprowadza ich w te arkana. Wcześniejsze, krakowskie doświadczenie Mehoffera, jak wyżej zauważyliśmy, kłóciło się z impresjonizmem, jednak w obrazie „Plac Pigalle” ujawnia się wyraźnie widzenie impresjonistyczne. Dzieło to zostało namalowane z okna mieszkania znajomej malarza mieszczącym się przy bulwarze Clichy. Paryski Plac Pigalle twórca – jak zauważa A. Pawlińska – ukazał z góry, ujęty fragmentarycznie, z konnym autobusem stojącym po środku. Na tle dotychczasowej twórczości malarza uderzają jasna kolorystyka, szkicowość. Artysta uchwycił przypadkowy kadr z przechodniami i powozami w ruchu. Szkicowość zdradza, że kompozycja została wykonana szybko, wprost z okna. Patrząc na ten obraz obserwujemy przeciętną scenę uliczną, z tradycyjną paryską kawiarnią pełną ludzi, a ukazane budynki i ludzie zredukowane są „do szkicowych posunięć pędzla”.

Józef Pankiewicz „Targ na kwiaty przed kościołem Sainte-Madeleine w Paryżu”, (1890), olej/płótno; wymiary: 94 x 129 cm

Obraz ten, a także malowany dwa lata wcześniej w Warszawie „Targ na jarzyny na Placu Żelaznej Bramy” (również w zbiorach MNP) odcisnęły piętno nie tylko na samym ich twórcy, ale także i w pewnym stopniu na polskim malarstwie końca XIX wieku. Ten malowany w Warszawie miał wpływ na całą artystyczną karierę Józefa Pankiewicza. Natomiast paryski „Targ”, to dzieło, od którego publicznej prezentacji datujemy początek sztuki nowoczesnej w Polsce. Obraz ten jest pierwszym polskim dziełem malarskim, w którym zastosowane zostały techniki impresjonistyczne. Niebagatelny wpływ na postawę artysty wywarła obejrzana w Paryżu wystawa dzieł Clauda Moneta w 1889 roku. „Targ na kwiaty przed kościołem Sainte-Madeleine w Paryżu” Józef Pankiewicz pierwotnie zaczął tworzyć w konwencji realizmu, na podobieństwo „Targu na jarzyny na Placu za Żelazną Bramą”. Jednak po pewnym czasie zaczyna przemalowywać płótno nadając mu intensywne kolory i chropowatą fakturę zgodnie z technikami impresjonistycznymi. W tym samym okresie przebywa w Paryżu także Ignacy Korwin-Milewski. Hrabia jest zainteresowany co też malarz obecnie tworzy. Przybywa do jego pracowni, którą artysta wynajmował z Władysławem Podkowińskim. Dalej, według Józefa Czapskiego, rzecz się dzieje następująco. Bogacz ogląda w milczeniu niedokończony jeszcze „Targ na kwiaty…” i po chwili zwraca się do malarza z taką oto propozycją: Zrobi mi pan takie samo płótno, ale nieba musi być o 40 centymetrów więcej – i (przejeżdżając paznokciem po obrazie) musi być namalowany zupełnie na gładko. Pankiewicz zdecydowanie odmawia pomimo, że ten zamożny człowiek jest wtedy jego jedynym sponsorem, a sam artysta ubogi jak przysłowiowa mysz kościelna. Tej scenie przygadał się Podkowiński, zadeklarowany wtedy rysownik, nie malarz. Być może wydarzenie to wpłynęło na niego tak mocno, że sam od tego czasu akceptuje artystyczne poglądy przyjaciela, dzięki czemu stają się razem prekursorami polskiego impresjonizmu (o jednym z jego obrazów poniżej).

Po powrocie do Polski Pankiewicz wystawia obraz w warszawskiej Zachęcie. Choć malowidło założeń impresjonizmu jeszcze w pełni nie realizowało, miało charakter raczej kompromisowy, to jednak u publiczności zachwytów nie wzbudziło, a wręcz przeciwnie, tylko słowa ostrej krytyki i to do tego stopnia, że Zachęta wycofała się z jego prezentacji. Pisał krytyk tamtych czasów: obraz jest niczym innym, jak zbiorem plam, które z daleka nikną wprawdzie trochę, nie sprawiają jednak zupełnej ułudy rzeczywistości. Jest to rodzaj fatamorgany, która z daleka wydaje się czymś, a z bliska jest niczym. No cóż, tak wtedy było. Nie tylko w Polsce wykazywano niezrozumienie, że można malować inaczej, niż przez wieki nauczali akademicy. Biografka artysty Anna Bernat:

Zdziwienie budzi dziś myśl, że ten subtelny obraz, przedstawiający rozświetlony słońcem Paryż, kobiety w kolorowych długich sukniach przechadzające się w alei z kwiatami, barwne stragany kipiące od bukietów, zieleń drżących liści i błękitne niebo, mógł być powodem tak wielkiego zacietrzewienia krytyki i irytacji publiczności.

Najważniejsze jednak, że osiągnięto coś bardziej znaczącego, niż tylko chwilowy sukces, o co wtedy tak naprawdę młodym artystom chodziło. Wystawa ta dała początek sztuce nowoczesnej w naszym kraju, a Pankiewicz i Podkowiński uważani są za „szermierzy” impresjonizmu w Polsce.

Witold Pruszkowski „Wizja”, (1890 rok), olej/płótno; wymiary: 80,5 × 116,5 cm

W historii światowej sztuki mamy niezliczoną ilość przykładów na to, że literaci czerpali natchnienie z dzieł malarskich, ale chyba jeszcze większą liczbę stanowią obrazy powstałe z inspiracji utworów literackich, w tym przypadku z poezji.

Jednym z nauczycieli malarstwa Witolda Pruszkowskiego był Tadeusz Gorecki, zięć Adama Mickiewicza, także malarz, dziś praktycznie zapomniany. Nic w tym więc dziwnego, że Pruszkowski posiadał duszę romantyczną, a to, co ona mu podpowiadała, przenosił na płótno w postaci nastrojowych scen symbolicznych. Ten wybitnie uzdolniony artysta, wirtuoz kolorytu, urodził się w Odessie, ale większość twórczego życia spędził w Minikowie pod Krakowem. Był typem samotnika, nigdy nie pokazywał nikomu niedokończonych obrazów. Jego romantyczny mistycyzm szczególnie przejawia się w twórczej interpretacji poetyckich dzieł Słowackiego czy Krasińskiego. Najwybitniejszym tego przykładem jest płótno „Wizja”, malowane wg poematu „Przedświt” pióra Zygmunta Krasińskiego.

Aby zrozumieć zamierzenie artysty najlepiej jest nam zapoznać się ze słowami umieszczonymi na tabliczce obok obrazu, gdzie czytamy, że artysta ukazał nam pochód duchów polskich pod przewodem Matki Boskiej uznawanej w XIX w. za opiekunkę narodu polskiego i orędowniczkę polskich spraw. Literatura romantyczna utożsamiała często Marię z martyrologiczną Polonią. Wizja jest dziełem, w którym dokonuje się symboliczna konfrontacja historii i współczesności. Maszeruje więc na płótnie korowód szlachty, rycerzy i chłopów, a na ich czele góruje świetlista postać Matki Boskiej Królowej Polski. W 1904 roku krytyk Adam Łada-Cybulski tak oto pisał o tym dziele malarskim: Obraz (Wizja wg Krasińskiego), jedno z najświetniejszych i najgłębszych dzieł Pruszkowskiego, nie tylko z tytułu ale istotnie jest wizją. To „nad jeziora włoskim brzegiem” niegdyś przez poetę wyśniony sen, farbą i światłem zaklęty w obraz-marzenie.

Wojciech Weiss „Promienny zachód słońca”, (1899-1902 rok), tempera/płótno; wymiary: 60,6 x 81 cm

Malarz, choć dużo podróżował po Europie, to jednak często bywał w Strzyżowie, miejscowości na Podkarpaciu. Tam, na przełomie XIX i XX wieku stworzył kilka swoich ekspresyjnych pejzaży, m.in. „Promienny zachód słońca”.Na obrazie tym widzimy prawie centralnie umieszczone słońce, którego odbicie niczym miecz wbija się w ziemię. Historycy sztuki są tutaj zgodni co do inspiracji powstania tego dzieła malarskiego. Uznaje się powszechnie, że jest on oryginalnym odpowiednikiem znanego obrazu autorstwa norweskiego malarza Edvarda Muncha pt. „Krzyk” (1893). Jak czytamy na tabliczce informacyjnej umieszczonej przy obrazie w MNP, to odniesienie do „Krzyku” jest najbardziej czytelne w sposobie budowania malarskiej formy, opartej na pasmowym, pełnym ekspresji rozegraniu kontrastowo zestawionych barw.

Bardzo krótko, acz pięknie, malowidło Wojciecha Weissa zostało zinterpretowane przez biografa artysty, Łukasza Kossowskiego, który uznaje ten obraz za dzieło wybitne. Autor zauważa na płótnie przede wszystkim słoneczną kulę, która zawisa nad horyzontem, ku któremu umykają skośnymi planami roziskrzone ścierniska i długie cienie, rzucane przez trwające w niemym krzyku zwęglone sylwety drzew. W innym miejscu czytamy, że swojski, strzyżowski, znany z codzienności pejzaż zyskuje wymiar apokaliptyczny.

MUZEUM PAŁAC W ROGALINIE

Olga Boznańska „Dzieci siedzące na schodach”, (1898 rok),olej/ płótno; wymiary: 102 x 75 cm

Najbardziej artystka upodobała sobie malowanie portretów (ale także martwych natur). Osiągnęła w tej dziedzinie własny, niepowtarzalny styl. Malowała ludzi ładnych, brzydkich, młodych i starych oraz pełne subtelności sylwetki dzieci. Jednym z takich obrazów jest dzieło „Dzieci siedzące na schodach”. Swego czasu Boznańska pisała z Paryża do swojej znajomej: „Mam 6 portretów dobrze umieszczonych dosyć (w Salonie). Cała krytyka pisze, że smutne, co ja zrobię, że smutne. Nie mogą być inną, niż jestem, jak podkład smutny, to wszystko, co na nim wyrośnie, smutnym musi być. Tak naprawdę nie przeszkadza ten smutek temu, aby naprawdę były najlepszymi portretami z całego Salonu”.

W tworzeniu portretów osiągnęła Boznańska zupełne mistrzostwo w wydobywaniu z postaci istoty człowieczeństwa łącząc przy tym ich wyobrażenia ze swoją marzycielską duszą. Nie inaczej jest w na tym dziele. Płasko malowany obraz „wygląda trochę jak wycinanka. Ubranka dzieci brunatnoczerwone i jasny kapelusz starszego – tworzą duże, gładkie płaszczyzny. Jedynie schodki i biegnąca ukosem poręcz dają złudzenie głębi. Buzie dzieci są pełne wyrazu, potraktowane ciepło, serdecznie” (Jadwiga Stępniowa).

Schody, powiedzmy sobie uczciwie, nie są zbyt częstym miejscem dla portretowania osób. Jednak – jak czytamy na tabliczce informacyjnej umieszczonej przy obrazie w muzeum –

to niezwyczajne miejsce portretowania kieruje ku funkcji symbolicznej schodów, rozpoznawanej – jak mówi zakorzeniona w sztuce symbolika drabiny – jako drogę poznania. Obraz jest więc nie tylko uroczym wizerunkiem dzieci, ale także malarską metaforą czekającego je losu.

Warto także tutaj przyjrzeć się oczom dzieci – niezmiernie wyraźnych i pełnych blasku.

Jacek Malczewski „Melancholia” (1890-1894), olej/płótno; wymiary: 240 x 139 cm

Dzieło to zostało uznane za manifest symbolizmu, jak również za najbardziej kluczowe dla dorobku samego malarza. W końcu XIX wieku w Polsce uważano, że artysta oprócz pracy twórczej, ma także obowiązki narodowe i społeczne. Czy Malczewski w przypadku tego obrazu owe zadanie spełnił? W czasie kiedy obraz znajdował się jeszcze w Poznaniu zawieszona obok była obok niego tabliczka. Czytaliśmy na niej, że płótno to odnosi się do niepodległościowych dążeń i walk Polaków w XIX stuleciu, a także mówi o losie jednostki, o artyście i jego powołaniu. Dzieło traktowano jako malarski manifest antynaturalizmu i wizyjności, ale też narodowych i społecznych powinności artysty.

W „Melancholii”ukazał artysta, jak pisze T. Dobrowolski, „wylewający się z rozpiętego na sztalugach płótna fatalistyczny kłąb alegorycznych postaci, m. in. powstańczych, uzbrojonych w kosy, wirujących bezwolnie, jak w finale późniejszego Wesela”. Irena i Łukasz Kossowscy zauważają, że obraz ten jest czytelnym odniesieniem do snu czy apatii, w której pogrążył się naród, nie tylko przez oniryczną atmosferę i zaludniające pracownię artysty zjawy, ale przede wszystkim przez stojącą w oknie, czarną postać tytułowej Melancholii. (…) Melancholia jawi się w tym obrazie jako stan umysłowości narodu polskiego po utracie niepodległości, (…) ale także można na niego patrzeć jako na „obraz pracowni, obraz w pracowni i obraz o pracowni”.

Jak to dobrze, że są dzieła malarskie, które choć zostały stworzone ponad sto lat temu, to do tej pory wywołują dyskusje dotyczące znaczenia poszczególnych scen w nich zawartych, jak i postaci czy rekwizytów na nich umieszczonych. Wielość analiz jednego z najbardziej znanych obrazów Malczewskiego oraz wskazywanie inspiracji do jego powstania jest tak wiele, że pozwolę sobie zaprosić zainteresowanych do właściwej literatury oraz oczywiście obejrzenia płótna w oryginale.

Władysław Podkowiński „Mokra Wieś”, (1892 rok), olej/płótno; wymiary: 72 x 91 cm

W latach 1891 – 1892 artysta spędzał wakacje u swoich przyjaciół w ziemskich majątkach Mokra Wieś i Chrzęsne na Mazowszu. Tam powstają tzw. ogrodowe obrazy, które uznawane są za arcydzieła polskiej sztuki. Mamy tu na myśli obraz, do którego obejrzenia zachęcamy oraz „Dzieci w ogrodzie” (MNW) oraz „Sad w Chrzęsnem”, który także obejrzymy w Muzeum Narodowym w Poznaniu.

Patrząc na obraz „Mokra Wieś” nie trudno zadać sobie pytanie, cóż takiego jest w tym malowidle, że tak wysoko zostało ocenione przez krytyków sztuki? Przecież widzimy tu chłopca łowiącego ryby, a być może i tylko dla zabicia czasu i zabawy, mącącego kijem wodę w stawie, a na dalszym planie kilka zabudowań wiejskich i żywy inwentarz w postaci domowego, wodno-błotnego ptactwa oraz dwie ludzkie osoby po drugiej stronie wody. Drzewa i chałupy odbijają się w tafli stawu zajmującego większą część płótna. Po prostu – obraz z codziennego życia wsi pokazany w zachodzącym słońcu. Posłuchajmy zatem co ma na jego temat do powiedzenia znawczyni twórczości artysty Wiesława Wierzchowska:

Cała ta kolorystyczna feeria składa się na klimat pięknego, letniego wieczoru, którego spokój podkreślają poziome linie brzegów, trawy, płotów, równoważone pionami odbicia drzewa w wodzie i postaci chłopca. W tym sielankowym obrazku zastanawia tylko, wychodzące poza naturalizm i poza paletę impresjonistyczną, użycie zjadliwej, zimnej zieleni i prawie graniowych fioletów zaznaczających łąkę w głębi kompozycji, zieleni w swym charakterze i zastosowaniu bliższej późniejszej, brutalnej kolorystyce ekspresjonizmu. Takie ekspresyjne użycie koloru odzywa się w obrazach Podkowińskiego raz po raz, świadcząc być może o niepokojach wyobraźni, obecnych nawet wtedy, gdy cała uwaga malarza zdaje się być skoncentrowana na rejestrowaniu natężenia światła i zachodzących pod jego wpływem zmian plamy barwnej.

Z wakacji spędzonych w latach 1891-1892 w tych mazowieckich wsiach na szczęście zachowało się, w przeciwieństwie do dziesiątek innych obrazów zniszczonych bądź zaginionych w czasie powstania warszawskiego, wiele dzieł Podkowińskiego. Pobyt tam był artystycznie bardzo udany, a stworzone wtedy płótna i akwarele do dziś nas zachwycają. Natomiast w życiu osobistym przyniósł same nieszczęścia, ale to już inna historia.

Artykuł został pierwotnie opublikowany na portalu Niezła Sztuka