Artystyczna wizja zabójstwa króla Przemysła II

Minęły ponad dwa stulecia od kiedy władca polski przywdział koronę. Był nim Bolesław II Śmiały (Szczodry). Koronowany został w 1076 roku. Od tego czasu żaden polski książę nie dostąpił tego zaszczytu. Rozbicie dzielnicowe kwitło w pełni. I oto w 1295 roku władca Wielkopolski Przemysł II odnawia godność króla, zakładając na głowę koronę Bolesława II.

Co prawda, jak twierdzi prof. Gerard Labuda, „do dzisiaj nie został rozstrzygnięty spór, czy koronował się na króla ogólnopolskiego, czy też dzielnicowego”, ponieważ jego władanie obejmowało tylko Wielkopolskę i Pomorze Gdańskie. Zaprzecza jednak temu prof. Jan Baszkiewicz, który uważa podobne oceny za „obrazoburcze” pisząc, że „stworzenie takiego królewskiego trzonu państwa dawało szanse stopniowego rozszerzenia zwierzchnictwa króla na resztę Polski ciągle jeszcze książęcej”. Bez wchodzenia w spory historyków możemy wprost powiedzieć, że był to pierwszy krok do zjednoczenia Królestwa Polskiego, choć wówczas mizerny w stosunku do Polski Bolesławów. Jednak już ćwierć wieku później (pomijając w międzyczasie panowanie w Polsce czeskiego Wacława II) kolejny Piast, Władysław Łokietek, również przywdziewa koronę. Od tego czasu Polska małymi kroczkami staje się wielką potęgą, a godność królewska już bez przerwy trwać będzie w naszym kraju aż do rozbiorów.

Rządy Przemysła II trwają jednak zaledwie siedem miesięcy. Jak doszło do tej koronacji i jej kresu? Myślę, że najkrócej i najjaśniej mimo wszystko wyjaśnia to August Sokołowski, historyk piszący swoje „Dzieje Polski ilustrowane” na przełomie XIX/XX wieku. Posłuchajmy.

Ważne zmiany zaszły tymczasem w Wielkopolsce i przyczyniły się̨ do wzmocnienia potęgi i wpływu Przemysława. Książę pomorski Mestwin II albo Mszczug (obecnie częściej Mszczuj lub Mściwój – przy. L.L.) szczery przyjaciel i sojusznik wielkopolskiego księcia, umierając ustanowił Przemysława swoim następcą. Ten wzrost potęgi poddał Przemysławowi myśl koronowania się̨ królem całej Polski, ażeby przez zjednoczenie wszystkich książąt pod jednem berłem wznowić dawną ojczyzny potęgę̨. Plan Przemysława znalazł poparcie u całego duchowieństwa; pochwalił go nawet biskup krakowski, Jan Muskata i zezwolił wreszcie na jego wykonanie papież̇. Dnia 26 lipca r. 1295 koronował się̨ Przemysław w katedrze gnieźnieńskiej królem całej Polski i księciem Pomorza. Protest założony przez króla Wacława do kuryi rzymskiej pozostał bez skutku. Przemysław rozpoczął teraz rokowania z książętami i możnowładztwem, ażeby wspólnemi siłami obalić panowanie czeskie w Krakowie. Przedwczesna śmierć położyła jednak kres zamysłom dzielnego króla. Dnia 8 lutego 1296 zamordowany został Przemysławów Rogoźnie, jak jedni twierdzą z naprawy zazdrosnych o jego powodzenie margrabiów brandenburskich, jak utrzymują drudzy, przez morderców nasłanych przez niezadowoloną szlachtę wielkopolską, Nałęczów i Zarembów.

Pozostaje tylko nam wyjaśnić trzy kwestie. Układ między Mściwojem a Przemysłem II, (tzw. umowa o przeżycie), został zawarty już w 1282 roku. Koronacja natomiast odbyła się 26 czerwca (a nie w lipcu) 1295 roku, a koronę Bolesława Śmiałego, która czekała na nowego właściciela dokładnie dwieście siedemnaście lat, włożył na skronie Przemysła II pasterz archidiecezji gnieźnieńskiej, Jakub Świnka. Co do udziału rodów Nałęczów i Zarębów w zbrodni – choć obciążano ich wówczas, to jednak do dziś nie znaleziono dowodów ich winy. Dla podniosłość tamtej chwili dodajmy jeszcze, że pieczęć majestatyczna tego króla ozdobiona była napisem „Sam Wszechpotężny zwrócił Polakom zwycięskie znaki”, a na drugiej stronie umieszczono orła w koronie.

Tak więc król Przemysł II zostaje skrycie zamordowany. Dziej się to w Rogoźnie rankiem 8 lutego, w sam Popielec. To wydarzenie uwiecznia na dużych rozmiarów obrazie Wojciech Gerson. Dzieło malarskie o tej samej tematyce stworzył w 1875 roku Jan Matejko, jednak znajduje się ono w Galerii Nowoczesnej w Zagrzebiu i zapewne mało osób jest wśród nas, które mogło ten obraz zobaczyć w oryginale. Obraz Matejki opowiada o tym samym wydarzeniu, ma prawie taki sam tytuł, lecz zbrodnia ta jest całkowicie inaczej ukazana. Na płótnie Mistrza Jana pełno jest ruchu, walki, dynamiki. Widzimy tam króla ubranego w piękny strój z orłem na piersi, z koroną na głowie podkreślającą jego majestat. Nie będziemy dłużej zatrzymywać się przy kompozycji Matejki, którą Czytelnik może zobaczyć na załączonej tutaj reprodukcji. Natomiast obraz Wojciecha Gersona obejrzeć możemy, nomen omen w Sali Matejkowskiej Muzeum Narodowego w Warszawie, gdzie jest prezentowany jako jedyny, który nie wyszedł spod pędzla twórcy „Grunwaldu”. Oba jednak te malarskie dzieła pobudzają wyobraźnię widza, ukazując nieodwracalne zagrożenie, jednak bez ostatecznego rozwiązania.

W okresie kiedy Gerson, tak jak i Matejko, malowali swoje obrazy, czyli w drugiej połowie XIX wieku, używano jeszcze w historiografii imienia króla „Przemysław” i dlatego oba te malowidła w tytule podają to właśnie imię. Obraz Gersona należy traktować jako alegorię śmierci króla polskiego Przemysła II. Przekazy historyczne nic nie mówią nam, aby król dokonał żywota w czasie snu. Natomiast tutaj artysta właśnie taki sposób skrytobójczej jego śmierci pokazał. A faktycznie jak zamordowana polskiego króla? Zapusty roku 1296 Przemysł II spędził w Rogoźnie. Jak wiadomo czas to zabaw, turniejów, a te bez spożywania trunków odbyć się nie mogły. Potem oczywiście całe rycerstwo i król głęboko zasnęli. Jak to wszystko wyglądało, opowie nam wręcz filmowym językiem kronikarz Jan Długosz.

Margrabiowie brandenburscy (…) , dowiedziawszy się przez zwiadowców, że król Przemysł przebywa w Rogoźnie oddany uciechom i nie przeczuwa żadnej napaści, pewni, że nie będzie myślał o straży, która by strzegła jego życia i bezpieczeństwa, zachęceni nadto bezbronnością miejsca, które nie było otoczone żadnym wałem ani murem, gromadzą nie tylko własne, ale także najęte skądinąd wojsko. Wśród ciemności nocy przez gęstwiny leśne, by zauważeni przez kogoś nie narazili się przez swą lekkomyślność, zanim nie wywrą zemsty, w Środę Popielcową, ósmego lutego, (…) , o świcie przybywają do Rogoźna tak niespodziewanie i potajemnie (…), że wprowadzają w błąd wszystkich. Zdradziecko i podstępnie (nie wypowiedzieli mu bowiem wojny żadnym listem ani przez posłów) napadają i rzucają się na króla Przemysła odpoczywającego w sypialni królewskiej i jego rycerzy rozmieszczonych po różnych gospodach i domach, pogrążonych w głębokim śnie po wczorajszej obfitej uczcie zakropionej suto winem, ociężałych opilstwem, a zatem całkowicie bezbronnych i zupełnie nieprzygotowanych do walki. I choć król Przemysł, przerażony strasznym i niespodziewanym napadem, nie wiedział zupełnie, jacy wrogowie i w jakiej liczbie go napadli, opanowawszy jednak strach, jako mąż odważny i znany z siły, napada na wrogów ze swoimi ludźmi, którym zachętą, słowem i czynem dodawał odwagi do stawienia oporu wrogom, a starłszy się z nimi wielu spośród nich rani lub zabija. (…) Ugodzony licznymi strzałami i ciosami miecza, walcząc jak najdzielniej do ostatka, jak przystało jego rodowi, pada w ogromnym tłumie wrogów, a ciało okryte wieloma ranami osuwa się na ziemię. Ujęty przez wrogów, na pół żywy sprawił im wielką uciechę i radość. Dokładali bowiem starań, żeby go żywego doprowadzić do swoich domów i krajów jako okaz zwycięstwa (…). Ale kiedy go Sasi usiłowali dowieźć cało do swego kraju i osłabionego i półżywego wskutek wielkiej liczby śmiertelnych ran wsadzili na konia, książę okazał się zbyt słaby, by mógł siedzieć na koniu lub, by go można było przewieźć wozem. Chwiejąc się osunął się na ziemię niemal martwy. Ponieważ nadto nie było żadnej nadziei, żeby król przeżył do jutra, [Sasi] z wściekłością rzucają się na związane, poranione i naznaczone już piętnem śmierci ciało, przeszywają je wielekroć sztyletami i w najokrutniejszy sposób mordują…

Nie chcieli więc napastniczy króla zabić, tylko go uprowadzić, prawdopodobnie po to aby zrzekł się Pomorza Gdańskiego. W czasie jednak oddalania się z nim od miejsca ataku, Przemysł II na tyle osłabł z powodu upływu krwi, że nie rokował nadziei, że żywym znajdzie się w miejscu przeznaczenia. Siepacze brandenburscy dobili więc umierającego już króla i pozostawili zwłoki na drodze. Dlaczego więc Gerson, który zawsze dbał o szczegóły historyczne i na pewno znał kronikę Długosza, pokazał śmierć króla całkowicie inaczej, niż było to w rzeczywistości? Wydaje się, że zastosował tutaj najważniejszą bodaj zasadę malarstwa historycznego, wybierając „owocny moment”, czyli taki, kiedy nie wszystko jeszcze zostało rozstrzygnięte, a akcja zmierza wyraźnie do zakończenia.

Dzięki temu widzimy śpiącego króla obejmującego ręką tarczę z orłem, uzbrojonych napastników, którzy już są w środku komnaty i obezwładnili wcześniej kneblując sługę władcy. Jeden z zabójców trzyma nóż w dłoni, który zaraz niechybnie wbije w pierś króla. Pomimo, że odczytujemy ten obraz przez zasady malarstwa historycznego, to nadal głowimy się nad sensem tego malowidła, całkowicie zaprzeczającemu faktom historycznym. Być może wyjaśnieniem będzie taka oto interpretacja przyjęta przez Jakuba Zarzyckiego: „Obraz Gersona może być więc odczytywany na dwóch poziomach. Jako typowa dla ówczesnego europejskiego malarstwa historycznego scena z dawnych dziejów o mocnym zabarwieniu sensacyjnym, bazująca na sprawdzonych chwytach. Wystarczyło dodać drugi człon tytułu („Zamordowanie króla polskiego” – przy. L.L.), który wyjaśniał, kim był Przemysław II i obraz mógł być pokazywany w Wiedniu (1882), Petersburgu (1884), Pradze (1885) i Paryżu (1888). Tymczasem Polacy żyjący pod zaborami, poza pełną napięcia historią, mogli zobaczyć w dziele alegorię swojego kraju – podstępnie zgładzonego, bez możliwości obrony, ale szlachetniejszego od napastników. Czy ta alegoria była prawdziwa? Na pewno świetnie namalowana”. Kompozycja jest na tyle realnie ujęta, że oglądający obraz powinien zrozumieć, że chodzi tu o skrytobójstwo z obcego podszeptu.

Wśród ludu krążyły po śmierci króla plotki, że zasłużył sobie na przedwczesną śmierć, choć oczywiście oburzenie było wielkie. W roku 1273 Przemysł II zawarł zawiązek małżeński z wnuczką księcia szczecińskiego Barnima, Ludgardą. Pięć lat książę czekał na potomka i się nie doczekał. Księżna była bezpłodna. Małżonek postanowił związek ten zakończyć w sposób szybki, wcale nie rzadki w średniowieczu. Przemysł kazał ją udusić sługom. Księżniczka cieszyła się popularnością wśród ludu i tenże lud jeszcze za czasów Jana Długosza, jak pisze kronikarz, śpiewał „po polsku ułożone niezgrabnie pieśni ludowe”. Mówiły one o tym, że „kiedy przeczuwała, iż mąż przeznaczył ją na śmierć, ze łzami w oczach błagała go, by nie pozwalał odbierać życia żonie i niewinnej kobiecie, ale pomny na cześć Boga i honor zarówno małżeński, jak i książęcy, pozwolił ją odprowadzić choćby w jednej koszuli do ojcowskiego domu, a zniesie spokojnie każdy, nawet nędzny los, byleby ją tylko pozostawiono przy życiu”.

To jedna z najbardziej ponurych historii z piastowskich dziejów. Choć później mąż wyprawił Ludgardzie iście królewski pogrzeb, ufundował klasztor dominikanek, udawał wielki żal, to jednak nawet sprawców tego czynu nie ukarał. Natomiast Kościół jakoby tego nie zauważył, choć zawsze piętnował takie czyny. Przypuszcza się, że celowo, choć wina księcia była bezsporna. Przemysł II po tym czynie zmienił się bardzo, z awanturnika stał się wręcz „mężem stanu”. Historycy sugerują, że arcybiskup Świnka w ten sposób podporządkował księcia swoim planom, czyli idei zjednoczenia Polski. Jakub Świnka był księciem Kościoła, ale jeszcze bardziej politykiem, a nie „moralistą”, któremu od początku pasterzowania w Gnieźnie najbardziej zależało na odrodzeniu Królestwa Polskiego jak i całemu wówczas polskiemu Kościołowi. I tak się stało. Jak zauważa celnie Marek Urbański, „cykl niejako się zamknął: książę, który na jednoczyciela Polski wyrósł w konsekwencji skrytobójstwa, sam zakończył żywot z ręki skrytobójców”.

Tego mało znanego, prawie zapomnianego króla, całkiem niedawno „ożywiła” w powieści „Korona śniegu i krwi” Elżbieta Cherezińska. Opowieść rozciąga się na przestrzeni lat dwudziestu, dzięki czemu dodatkowo poznajemy zagmatwane piastowskie losy czasów „Wielkiego rozbicia”. Wtedy to mówiło się, że „nie daj Boże zjazd piastowski”, bo będzie ponowna „krwawa łaźnia”, ale to już inna historia wymalowana przez Matejkę, o której zapewne kiedyś napiszemy.

Wojciech Gerson: Śmierć Przemysława (1881), olej/płótno; 154 x 231 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie.

Artykuł pierwotnie został opublikowany na portalu SUPERHISTORIA