Okrutna śmierć Maćka Borkowica według Jana Matejki. Historia ukryta w obrazie

Gdyby była możliwość obejrzenia oryginału tego obrazu, a niestety nie ma (o czym niżej), bardziej dociekliwy widz zapewne zadałby sobie pytanie po przeczytaniu tytułu dzieła Mistrza Jana, kim ów Maćko był i co uczynił, że będący wówczas u szczytu sławy malarz poświęcił mu swój pędzel.

Przypomnijmy, że Jan Matejko stworzył kilkadziesiąt obrazów o treści sensacyjnej bądź dramatycznej. Te niewielkie malowidła, oczywiście w porównaniu do jego monumentalnych płócien przedstawiających dzieje Polski, tworzył z różnych powodów, często dla zarobku, gdyż wiele znaczących osób pragnęło posiadać jego dzieła. Na te ogromne nie było stać nawet najbogatszych, … no, chyba że byłoby się cesarzem Austrii Franciszkiem Józefem, to wtedy można było nabyć nawet „Rejtana”.

Małe obrazki natomiast mogli kupić i powiesić na ścianie ci trochę „biedniejsi”, jak będący przedmiotem tego szkicu, który zakupiła ks. Marcelina Czartoryska za sumę 4000 guldenów. Tak naprawdę kwota ta była ekwiwalentem, który księżna wypłaciła artyście, za namalowany wcześniej portret jej osoby.

O obrazie Jana Matejki

Jak wyżej wspomniano, obrazu tego nie będziemy mogli obejrzeć w żadnym z polskich muzeów. Od chwili powstania znajduje się w prywatnych rękach. Jego właścicielami do roku 1938 na pewno byli różni członkowie rodziny Czartoryskich, a ostatni znany nam z imienia to ks. Witold z Pełkiń. Po II wojnie światowej w latach 1953-1964 znajdował się w depozycie Muzeum Narodowego w Poznaniu. Umieszczony został tam na przechowanie przez urząd podatkowy. Kto obecnie jest jego właścicielem, tego dotychczas nie upubliczniono.Wiemy jedynie, że znajduje się w kolekcji prywatnej w Warszawie. Natomiast Muzeum Narodowe w Warszawie jest w posiadaniu szkicu do tego obrazu, prawie dwukrotnie większego wymiarami, który Jan Matejko podarował swojemu sekretarzowi Marianowi Gorzkowskiemu. Ten kilka lat po śmierci artysty sprzedał go osobie prywatnej, od której później odkupiło dzieło warszawskie muzeum. Znacząco różni się ono od oryginału, który znany jest z „Albumu Jana Matejki” (1876), gdzie uwiecznił je w drzeworycie wybitny grafik Jan Syfi. MNW posiada w swoich zbiorach także nieautorską kopię namalowaną według tego obrazu w 1877 r., z monogramem przypominającym litery AB.

Maćko konfederata

Za czasów rządów Władysława Łokietka i później Kazimierza Wielkiego, Wielkopolska nie była zbyt przez tych władców rozpieszczana. Różnice cywilizacyjne pomiędzy dwoma najważniejszymi ziemiami, a więc Wielkopolską a Małopolską były znaczące, oczywiście na korzyść tej drugiej. Król urzędował w Krakowie więc nie dziwi taka sytuacja. Niemniej Kazimierz podejmował już pewne działania do zniwelowania owych różnic. Czy były one pozytywnie przyjmowane przez możnych Wielkopolski, to już inna sprawa. W tej opowieści musimy wspomnieć o urzędzie starosty. Instytucje tę wprowadził w Polsce król Wacław II. Zadaniem tego urzędu było reprezentowanie władzy królewskiej w danej dzielnicy. W wypadku Wielkopolski nie bardzo funkcja ta odpowiadała możnym tej ziemi. Kazimierz z początku spełnił ich oczekiwania i w 1348 r. powołał dwóch starostów, którzy byli z urodzenia Wielkopolanami. I tak starostą kaliskim został Przecław z Gułtowa, a poznańskim Maciej Borkowic. Jednak ich działania nie spełniły oczekiwań króla. W Wielkopolsce szerzyły się rozboje i inne zamieszki. Monarcha uznał zatem, że ten system prawny się nie sprawdza i odsunął ich od władzy. Ustanowił wówczas jeden urząd starosty generalnego, czyli namiestnika króla dla całej Wielkopolski. Problem polegał jednak nie na tym, że miał być jeden urząd, tylko na osobie, która miała go sprawować. Kazimierz bowiem mianował na to stanowisko pochodzącego ze Śląska Wierzbiętę z Paniewic. Nie dość, że starostą został „obcy”, to jeszcze miał możliwość stosowania „prawa ciążenia”. Wówczas czara goryczy się przelała. Owo „ciążenie” polegało na zajmowaniu dóbr ziemskich przez starostę osobom postawionym w stan oskarżenia, a nawet tylko podejrzanych o popełnienie czynu zabronionego. W praktyce wyglądało to tak, że zanim winę delikwentowi udowodniono, to jego majątek był spustoszony, a dochody monarchy tym samym się powiększyły. Nie trzeba być znawcą nawet obecnego prawa, żeby wiedzieć, że jednak była to wielka niesprawiedliwość. Wszystko to razem musiało doprowadzić do konfliktu na terenie Wielkopolski. 2 września 1352 roku najważniejsi możni tej dzielnicy zawiązują konfederację. Jest to pierwszy tego typu akt na ziemiach polskich. Podpisują go 84 osoby z 17 rodów szlacheckich, w tym tak znaczących jak Awdańców, Grzymalitów, Zarębów i Nałęczów. Na czele konfederacji staje będący wówczas wojewodą poznańskim Maćko Borkowic h. Napiwon. Pisze prof. A. Nowak: „Nie był to bunt przeciw królowi, ale próba zorganizowania samoobrony obywatelskiej wobec przemocy aparatu starościńskiego, tym bardziej wtedy w Wielkopolsce niepopularnego, że na jego czele król postawił nie miejscowego, ale Ślązaka”. I Dalej: „Oni, pierwsi konfederaci, zasługują na pomnik w sercu każdego, kto ceni ducha polskiej wolności”. I wydaje się, że tak mógł to zrozumieć także i król. W rok po zawiązaniu konfederacji przybył do Wielkopolski i próbował się z nimi porozumieć. Nikogo nie ukarał, odciągnął kilka rodów od protestu, a nawet wiele lat później, po śmierci Wierzbięty, mianował na stanowisko starosty wielkopolskiego jednego z przywódców konfederacji, Przecława z Gułtowa. Przez kolejne dwa lata po zawiązaniu konfederacji trwa względny spokój, a możnych wielkopolskich widzimy u boku Kazimierza. Można powiedzieć, że jednak sukces.

Maćko zbój

Ale takie powodzenie często doprowadza do „zawrotów głowy”. Rozzuchwalenie tym jakby nie patrzeć sukcesem, widzimy przede wszystkim u Maćka Borkowica. Reszta tego towarzystwa obawiając się siły króla i nie chcąc mocno z nim zadzierać, nie angażowała się zbyt w działania przywódcy konfederacji. Temu jednak dwa lata po jej zawiązaniu „przytrafia” się zbrodnia zabójstwa. Jej ofiarą jest kasztelan gnieźnieński, prywatnie szwagier Maćka, nie będący członkiem konfederacji. Do końca nie wiadomo co było przyczyną tej zbrodni. Borkowic czy to wygnany, czy też sam ze strachu opuszcza Królestwo Polskie. Przebywa na Śląsku, ale już w roku 1357 powraca, a w roku następnym składa królowi w Sieradzu przysięgę wierności. Ale dusza rogata daje dalej znać o sobie. Posłuchajmy zatem Jana Długosza.

„Chociaż bowiem zaręczeniem piśmiennym i pieczęcią swoją opatrzonym przyrzekał królowi Kazimierzowi, że mu będzie posłuszny i onych spraw niecnych zaprzestanie, ufny wszelako w zacność swego rodu i wysoką godność wojewody, wracał ciągle do swych nadużyć, których się był zarzekł, a nawet uroczyście wyprzysiągł”. I jeszcze jedno zdanie naszego znakomitego kronikarza: „Aliści on złodziejom i rozbójnikom, których w tej okolicy wielka była liczba, a przeciw którym powinien był użyć swej władzy, naprzód skryte u siebie dawać począł przygarnienie, a potem głównym stał się ich przywódcą”.

Później już było krótko. Maciej wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę i licząc na to, że monarcha ponownie mu wybaczy, stawia się przed jego obliczem w Kaliszu. Jednak tu zapewne padają z ust Kazimierza tylko dwa słowa – „brać go”.

Z czarką wody i wiązką siana

Jak wyglądało samo wykonanie wyroku, o tym oczywiście nie mamy pojęcia. Możemy tylko zaufać opisowi Jana Długosza, z którego zapewne czerpał Mistrz Jan tworząc swój obraz. Kronikarz zapisał: „Kazimierz, król polski, nieprzyjaciel wszelakiego bezprawia, a zwłaszcza rozbojów i kradzieży, nie omieszkał ku ich wytępieniu najgorliwszych dołożyć starań, żadnego nie ochraniając stanu, godności i wieku. (…) Król Kazimierz (…) Macieja Borkowica, wojewodę poznańskiego, kazał ująć i za jawne jego zbrodnie okutego w kajdany odesłać do zamku Olsztyna [k. Częstochowy], gdzie go do turmy podziemnej wtrącono. (…) Nie przestał nawet na prostym zgładzeniu winowajcy, ale postanowił go ukarać śmiercią głodową. Jakoż z rozkazu króla dawano mu codziennie tylko wiązkę siana i czarkę wody, co go w tak okropną rozpacz wprawiło, że dla zasycenia głodu, póki mógł, własne ciało z rąk i innych miejsc wyżerał”. Trwało to aż dni 40 zanim przy zgonie Maćko „wyznał, że na śmierć taką zasłużył”. Tak zakończył kronikarz rozgrzeszając niejako króla za tak okrutny wyrok, bo chyba najokrutniejszy jaki wydał w czasie swojego panowania. Z drugiej strony w czasach średniowiecza każda kara za nadużycie wobec monarchy była okrutna, a skazany cierpieć musiał. Co ważne, jak zauważa prof. Jerzy Wyrozumski skazanie Maćka na śmierć głodową należy „traktować jako fakt zupełnie odrębny w stosunku do związku konfederackiego z 1352 roku”. Maćko umiera 8 lub 9 lutego 1360 roku. Potem urodziły się jeszcze, jak to po wyrokach na nadzwyczaj straszą śmierć, plotki. Nie omieszkał ich podać Długosz. „Twierdzą niektórzy, że król Kazimierz z tej przyczyny Macieja wojewodę tak srogą ukarał kaźnią, że był oskarżony o miłosną sprawę z królową”. Nie podaje jednak dziejopis z którą, ale chyba z tą wygnaną do zamku w Żarnowcu, legalną Adelajdą Heską, a nie z bigamicznego związku Rokiczaną, która koronowana nie była.

Po drobinie do lochu

Dzieło Jana Matejko w literaturze przedmiotu ma kilka tytułów. Najbardziej chyba do nas przemawia ten: „Maciej Borkowicz wchodzący do kaźni na śmierć głodową”. Wiele jest opisów tego malowidła, ale tutaj przedstawimy bodaj jeden z pierwszych jaki się ukazał. W Kurierze Warszawskim z 1874 roku, czyli w tym czasie kiedy obraz wystawiono publicznie po raz pierwszy, anonimowy krytyk zanotował: „Najświeższym utworem Matejki (…) jest mały obrazek jak ćwiartka dużego arkusza papieru (…) Obraz przedstawia otwór do piwnicy z wstawioną doń drabiną, po której schodzi człowiek w karmazynowym żupanie, czoło niskie, wargi rozciągnięte, noszą piętno zwierzęcej dzikości i okrucieństwa. Stróż czy oprawca, żylastą ręką podtrzymuje kratę żelazną, która się ma zamknąć za winowajcą; żołnierze w żelazo zakuci, snać przyprowadzili zbrodniarza; jeden z nich trzyma wiązkę siana, mającą wraz z wodą napełniającą konew miedzianą, służyć za pożywienie skazanemu. Jest tam także jakiś piękny młodzian, w berecie z piórkami, jakby wyglądający kogoś z dali – może ułaskawienia królewskiego, którego też może oczekuje i zbrodniarz, ociągający się niejako ze zstąpieniem do swego grobu za życia. Postać ta młodzieńca stanowi kontrast z resztą obrazu i ponurość jego jeszcze podnosi”.

Powołując się na cytowanego wcześniej prof. Nowaka, możemy za nim powtórzyć, że powinniśmy bronić Maćka i jego towarzyszy za akt konfederacji z 1352 roku, ale za dalsze postępki musimy ganić, ale także współczuć tak okrutnej w męczarniach śmierci. Możemy przypuszczać, że współczuł Borkowicowi także i Jan Matejko tworząc ten obraz, umieszczając na nim owego młodziana w berecie z piórkami oraz ukazując ten moment ociągania się skazańca, mającego nadzieję na ułaskawienie. Nie nadeszło ono jadnak nigdy.

Opisy foto:

1. Jan Matejko: „Maćko Borkowic”(1873), olej/deska; 39 x 31 cm. Kopia nieznanego malarza, Muzeum Narodowe w Warszawie (oryginał wł. prywatna). Fot. MNW.

2. Jan Matejko: „Maćko Borkowic” Szkic (1873), olej/płótno; 91 x 75,5 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie. Fot. MNW.

3. Jan Matejko: „Maćko Borkowic”. Reprodukcja z „Albumu Jana Matejki”, źródło: polona.pl

4. Wieża na zamku Olsztyn k. Częstochowy. Fot. moje

Artykuł ten został opublikowany w numerze 2/2010 miesięcznika Historia Do Rzeczy.