Dzieciobójstwo w Zachęcie

Warszawska Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, wielokrotnie była świadkiem wydarzeń, które obecne, niezbyt wyszukane medialne słownictwo, nazwałoby mianem „skandalu”. Współcześnie najbardziej zapadły mi w pamięci dwa występki – Daniel Olbrychski siekający szablą fotografie na wystawie „Nazistów” oraz jednego z posłów, który przeniósł w inne miejsce będący częścią kompozycji kamień przygniatający rzeźbę Jana Pawła II.

Te jednak wydarzenia nie mają nic wspólnego z twórcami i ich dziełami tam wystawionymi. Odnosiły się one do protestu osób, które nie zgadzały się z prezentowaną wizją artystyczną. Szkic ten natomiast chciałbym poświęcić dwóm artystom, którzy żyli i tworzyli u schyłku XIX wieku, a to co uczynili w budynku Zachęty ze swoimi dziełami, nikt z im współczesnych nie ośmielił się nazwać skandalem. Mówiono raczej o „dzieciobójstwie”, a czyny przez nich dokonane spowodowały, że zyskali miano „artystów tragicznych”. Choć nie taki był ich zamiar, to jednak poprzez swoje zachowanie, dzieła, na których dokonali „aktu dzieciobójstwa”, stały się nieśmiertelnymi dla polskiej historii sztuki.

Rzeźbiarz tragiczny

Syn chłopki, ojca nieznanego, pierwowzór noweli „Antek” Bolesława Prusa oraz Henryka Sienkiewicza „Lux in tenebris lucet” („Światło świeci w ciemności”). Urodzony w maleńkiej wsi Turzy k/ Gorlic w 1842 roku, pierwsze 20 lat swojego życia tam właśnie spędza, pasąc bydło i rzeźbiąc różne świątki. A te ponoć były ładniejsze od tych, które można było oglądać w miejscowym kościele. O genialnym pastuchu dowiedział się hrabia Mieczysław Weryha-Darowski. Uznał, że szkoda, aby taki talent się marnował, opłacił mu naukę w Krakowie i to nie u byle kogo, tylko u samego mistrza Parysa Filippiego, przyjaźniącego się wówczas m.in. z Janem Matejką. Odtąd Antoni Kurzawa uczy się pilnie rzeźby, dostaje się także do krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Bywa w Wiedniu, Monachium, później we Lwowie, gdzie pozostawia po sobie wiele wspaniałych nagrobków na Cmentarzu Łyczakowskim. Ponownie wraca do Krakowa. Tam tworzy potężną rzeźbę „Geniusz zrywający pęta”, która obecnie znajduje się na jego grobie, na krakowskim Cmentarzu Rakowickim. Trzeba także wspomnieć, że wówczas rzeźbiarze byli traktowani bardziej jako rzemieślnicy niż artyści, dlatego zdecydowana część zamówień jakie Kurzawa otrzymywał, to były właśnie pomniki nagrobne. Niemniej, dawały one znaczące środki materialne. Dzięki nim Antoni Kurzawa mógł nawet studiować w Paryżu. Ale nie możemy także zapomnieć, że stworzył serię rzeźb przedstawiających tańce polskie, odwołujących się także do baśni (o Twardowskim), czy też związanych z wojnami napoleońskimi.

Po tych wędrówkach artysta osiedla się w Warszawie. Tam w roku 1889 tworzy grupę rzeźbiarską „Mickiewicz budzący geniusza poezji”. Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych ogłasza właśnie konkurs na pomnik Mickiewicza. Nagrody są poważne. I miejsce 600 rs. (rubli srebrem), II 300 rs., III 200 rs. Kurzawa posyła swoje dzieło i z niecierpliwością oczekuje werdyktu jury. Jak to zazwyczaj bywa, także i we współczesnych nam konkursach, dobiera się takie towarzystwo przypadkowo, ot ad hoc. Tak było i w tym razem. Stanisław Witkiewicz, który nadzwyczaj cenił twórczość Kurzawy napisał, że konkursy u nas są tylko sposobami marnowania sił ludzkich i rozdawania nagród miernotom (1). I co robi jury w tymże konkursie? Sędziowie, najlepszej podług siebie pracy dają 2-gą, wyraźnie drugą nagrodę, 3-cią następnemu z kolei, uznanemu za dobre, dziełu, pierwszą zaś, 600 rs., rozdzielają jako małe napiwki dla reszty wystawców. Czy jest coś bardziej niezgodnego z logiką (2)? Tak więc nie ogłoszono zwycięscy konkursu. Drugie miejsce przyznano mieszkającemu w Rzymie p. Madeyskiemu. Za co? Za…skromny biust, bardzo łatwy do wymodelowania, przeciętny portret spokojnego modelu, skopiowanego dobrze przy pomocy cyrkla. Nie ma w tym nic, co by go wynosiło ponad zwykłe w tym kierunku roboty (3).

Trzecie miejsce, najniższą nagrodę, przyznano Antoniemu Kurzawie. 25 stycznia 1890 roku ogłoszono wyniki i otwarto wystawę pokonkursową. Oddajmy teraz głos dziennikarzowi warszawskiego Kuriera Codziennego. W dniu 25 stycznia około godziny trzeciej po południu, w parę godzin po ogłoszeniu wyników jury, na wystawę przyszedł Kurzawa, obojętnie przyjął gratulacje obecnych kilku kolegów i znajomych. Podszedł do swojej rzeźby, powiedział, że jego Mickiewicz źle jest do widzów obrócony i że musi coś poprawić. Zaszedł za postument i zanim ktokolwiek mógł się zorientować, krzyknął: – Cofnijcie się, panowie! – i silnym pchnięciem zrzucił figurę na podłogę. Artysta nogą roztrącił kawałki tułowia geniusza, porwał ocaloną głową Mickiewicza i wybiegł szybko z sali wystawowej (4). Stanisław Witkiewicz, nazajutrz po tym wydarzeniu zanotował: Rozbił siebie, swoje dzieło w gruzy, popełnił samobójstwo talentu. Nie wiem, kiedy to piszę, on sam, Kurzawa, człowiek, jeszcze żyje czy nie, ale to, co było w nim najlepsze, jest zabite (5).

Rzeźbiarz na szczęście żył i szybko się odnalazł. Tak o tym pisze Marek Sołtysik: Zawieruszył się był gdzieś, skąd wywołały go liczne enuncjacje prasowe. Wrócił jako człowiek rozgłosu. Nagle znalazły się fundusze na rekonstrukcję jego rzeźby. Udzielił na to zgody – i tak to z początkiem nowego sezonu „Mickiewicz budzący geniusza…”, zrekonstruowany przez Teodora Skoniecznego, został wystawiony w Salonie Artystycznym na Nowym Świecie i bił, jak byśmy to dziś powiedzieli, rekordy oglądalności. Znalazł się ktoś, kto zapłacił Kurzawie za zmniejszoną replikę tej rzeźby. Chyba sam jubiler Michał Mankielewicz, który następnie w roku 1891 odlał ją w brązie. (Dzięki temu, że w cztery lata później „Mickiewicza budzącego geniusza poezji” odlała firma braci Łopieńskich, rzeźbę na 1,30 m wysoką możemy oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie) (6).

Pomimo tego Kurzawa już nigdy nie wrócił do dawnej twórczej świetności. Choć rzeźbił dalej, tworzył nagrobne pomniki wielkiej artystycznej wagi, to jednak wewnętrznie był wyniszczony. Ostatnie lata życia to choroby, samotność, wyobcowanie. Umiera w wieku 57 lat w krakowskim przytułku.

Malarz tragiczny

Minęło zaledwie cztery lata od rozbicia „Mickiewicza budzącego geniusza poezji”, a już gazety miały ponownie o czym pisać. Kolejne wydarzenie w Zachęcie. W jednym z czasopism dziennikarz donosi co następuje: P. Podkowiński, twórca obrazu „Szał uniesień”, wysłuchawszy pochlebnych sądów krytyki o tym obrazie przybył pewnego dnia na Wystawę Sztuk Pięknych i pokrajał go na kawałki. A to co znowu? – zapytano ze wszech stron. Kurzawa rozbił swój posąg, ale był rozgoryczony wyrokiem komisji konkursowej. Tymczasem co rozgoryczyło p. Podkowińskiego (7)? No właśnie, co spowodowało, że malarz pociął swój wybitny obraz? Od razu uprzedzę rezultat tych dociekań. Do tej pory jednoznacznie nikt na to pytanie nie odpowiedział.

Władysław Podkowiński, półsierota, dziecko Warszawy, uczeń szkoły kolejowej, później jedynej w Kongresówce tzw. Klasy Rysunkowej Wojciecha Gersona. Tak naprawdę rysownik, w dziedzinie malarstwa jednak samouk, nie licząc jednego roku spędzonego w petersburskiej Akademii, gdzie kształcił się pod okiem malarza batalisty jako wolny słuchacz. Potem przebywał w Paryżu, dzięki czemu wraz z J. Pankiewiczem stali się szermierzami impresjonizmu w Polsce. Pod koniec swojego krótkiego życia, skłania się ku symbolizmowi i w takiej tonacji maluje dużych rozmiarów obraz „Szał uniesień”. Rozpisywano się o tym dziele ówcześnie bardzo szeroko. Przytoczę tu słowa jednego ze współczesnych malarzowi krytyków. Na olbrzymim płótnie, wśród mgieł, chmur i oparów barwnych, pędzi na rozhukanym koniu naga kobieta. Ramiona białe toczone, ponętne – ramiona Fornariny, w których śmierć znalazł Rafael – oplotła dokoła czarnej szyi rumaka, ściskając ją nimi tak silnie, jak ściskać umie tylko miłość, która jest mocniejsza od śmierci (8).

Szał został wystawiony na osobnej ekspozycji jednego obrazu w warszawskiej Zachęcie wczesną wiosną 1894 roku. Od samego początku pokazowi towarzyszyła aura sensacji. Płótno jak na owe czasy było w swym przekazie bardzo odważne. Filistrzy byli oburzeni. Ale wiadomo nie od dzisiaj, że dzięki takiej atmosferze, wystawa zyskuje na popularności. Podobno tylko pierwszego dnia obejrzało ją tysiąc osób. Trwała ponad miesiąc i w tym czasie do Zachęty przybyło ok. dwunastu tysięcy ludzi. Dzień po jej zakończeniu, w kwietniu tegoż roku, zawitał tam także sam Władysław Podkowiński. Poprosił woźnego o drabinę, postawił ją koło swego obrazu, wspiął się na odpowiedni szczebel i ostrym nożem zaczął ciąć płótno. Najzacieklej wokół twarzy kobiety. Bo zdaje się o tę niewiastę poszło. Warszawka dopatrzyła się w jej rysach twarzy podobieństwa do pewnej damy z towarzystwa. Chodziło o Ewę Kotarbińską, żonę Miłosza, także malarza, starszego kolegi Podkowińskiego. Już wcześniej mówiono, że artysta się w niej zakochał podczas kilku pobytów w jej ziemskim majątku. Zapewne nie udało mu się swoich emocji ukryć, bowiem został stamtąd wyproszony przez gospodarzy i odtąd prawie nigdzie poza swoją pracownią nie bywał. Niemniej przypomnijmy sobie, że właśnie tam, w Chrzęsnem i Mokrej Wsi powstały najlepsze impresjonistyczne dzieła Podkowińskiego i perfekcyjny wręcz portret, „Portret damy” (Ewy Kotarbińskiej właśnie), niestety zaginiony.

Można oczywiście przypuszczać, że czyn z Zachęty był powodowany nieszczęśliwą miłością artysty do zamężnej kobiety i zapewne jest w tym dużo prawdy. Uważam jednak, że dla jasności należy tu przedstawić to, co sam Podkowiński powiedział swemu znajomemu, znanemu kronikarzowi Warszawy, Wiktorowi Gomulickiemu. – Zrobiłem ofiarę z rzeczy, która w danej chwili była mi najdroższą – zwierzał się wczoraj przede mną. – Zniszczyłem obraz, a kto wie, czy nie uśmierciłem zarazem talentu swego. Nic od dnia owego nie robię, nic robić nie mogę. I gdybym przynajmniej był pewny, że ofiara nie będzie daremną, że postępek mój zrozumiany został i oceniony! (…)
Spytałem, czy bardzo cierpiał spełniając artystyczne dzieciobójstwo?
– Tak, chwila była piekielna. Rozdzierane płótno wydawało głos podobny do krzyku. A gdy w otworze, na kilka łokci długim, błysnęło białe drzewo rusztowania, strach mnie zdjął…bo podobne to było do kości, bielejących w rozpłatanym trupie (9).

Moim zdaniem było to wyznanie emocjonalne, nic w zasadzie nie tłumaczące. A może jednak wszystko tłumaczące? Jest jeszcze jedno, w którym malarz twierdzi, że dotrzymał obietnicy terminu ekspozycji obrazu, a gdy ona dobiegła końca zamiast płótno zwijać i zabrać do domu, wolał je pociąć, by w ten sposób skonstatować doznany zawód indywidualny. Czy wy rozumiecie? Ja nic? – pisał zaraz po tym wydarzeniu jeden z dziennikarzy. Kolejny dodaje: Motywy więc czynu, który dzieciobójstwem nazwać by można, są – zagadką. Zagadką psychologiczną – twierdzą niektórzy. Klucza do tej zagadki szukamy (10). Szukali wówczas, zaraz po tym czynie dzieciobójstwem artystycznym zwanym, szukano i później, i współcześnie i … nie znaleziono. Najważniejsze jednak, że obraz dało się odrestaurować, ale dopiero po śmierci (niestety rychłej) artysty, gdyż wcześniej, w przeciwieństwie do Kurzawy, nie zgadzał się na jego naprawę. Płótno zakupił Feliks „Manggha” Jasieński, znany mecenas artystów, który później przekazał je w darze Muzeum Narodowemu w Krakowie. Obraz obecnie prezentowany jest w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach.

Warto na koniec zadać pytanie. Czy dlatego, że artyści ci dokonali aktu samozniszczenia swoich dzieł nazwano ich „artystami tragicznymi”, czy może dlatego targnęli się na nie, że ich życie artystyczne i osobiste było tragiczne? Odpowiedź mnie osobiście nie wydaje się prosta, ani tym bardziej oczywista. Faktem jest natomiast, że po tych czynach ich twórczość nie była już tak artystycznie genialna, jak przed ich dokonaniem.

Przypisy:

  1. S. Witkiewicz: „Sztuka i krytyka u nas”, T. I, Kraków 1971.
  2. Tamże.
  3. Tamże.
  4. Cyt. za: M. Sołtysik: „Tragedia Antoniego Kurzawy”, www.palestra.pl.
  5. S. Witkiewicz, dz. cyt.
  6. M. Sołtysik, art. cyt.
  7. A. Świętochowski: „Dziwne widowisko na wystawie sztuk pięknych i jeszcze dziwniejsza obrona”, „Prawda” 1894, nr 17.
  8. Urbanus: „Szał, obraz Władysława Podkowińskiego”, Kraj 1894, nr 10. W: „Teksty o malarzach 1890-1918”, Wrocław 1976.
  9. W. Gomulicki: „Warszawa wczorajsza”, Warszawa 1961.
  10. Urbanus: „Śmierć obrazu”, „Kraj” 1894, nr 17. W: „Teksty o malarzach 1890-1918”, dz. cyt.

Dodaj komentarz