Dzieciobójstwo w Zachęcie. Część II. Malarz tragiczny

Minęło zaledwie cztery lata od rozbicia „Mickiewicza budzącego geniusza poezji”, a już gazety miały ponownie o czym pisać. Kolejne wydarzenie w Zachęcie.

W jednym z czasopism dziennikarz donosi co następuje: P. Podkowiński, twórca obrazu „Szał uniesień”, wysłuchawszy pochlebnych sądów krytyki o tym obrazie przybył pewnego dnia na Wystawę Sztuk Pięknych i pokrajał go na kawałki. A to co znowu? – zapytano ze wszech stron. Kurzawa rozbił swój posąg, ale był rozgoryczony wyrokiem komisji konkursowej. Tymczasem co rozgoryczyło p. Podkowińskiego? No właśnie, co spowodowało, że malarz pociął swój wybitny obraz? Od razu uprzedzę rezultat tych dociekań. Do tej pory jednoznacznie nikt na to pytanie nie odpowiedział.

Władysław Podkowiński „Autoportret” (1887), MŚK, (fot. Domena publiczna)

Władysław Podkowiński, półsierota, dziecko Warszawy, uczeń szkoły kolejowej, później jedynej w Kongresówce tzw. Klasy Rysunkowej Wojciecha Gersona. Tak naprawdę rysownik, w dziedzinie malarstwa jednak samouk, nie licząc jednego roku spędzonego w petersburskiej Akademii, gdzie kształcił się pod okiem malarza batalisty jako wolny słuchacz. Potem przebywał w Paryżu, dzięki czemu wraz z J. Pankiewiczem stali się szermierzami impresjonizmu w Polsce. Pod koniec swojego krótkiego życia, skłania się ku symbolizmowi i w takiej tonacji maluje dużych rozmiarów obraz „Szał uniesień”. Rozpisywano się o tym dziele ówcześnie bardzo szeroko. Przytoczę tu słowa jednego ze współczesnych malarzowi krytyków. Na olbrzymim płótnie, wśród mgieł, chmur i oparów barwnych, pędzi na rozhukanym koniu naga kobieta. Ramiona białe toczone, ponętne – ramiona Fornariny, w których śmierć znalazł Rafael – oplotła dokoła czarnej szyi rumaka, ściskając ją nimi tak silnie, jak ściskać umie tylko miłość, która jest mocniejsza od śmierci.

„Szał uniesień” (1894), MNK

Szał został wystawiony na osobnej ekspozycji jednego obrazu w warszawskiej Zachęcie wczesną wiosną 1894 roku. Od samego początku pokazowi towarzyszyła aura sensacji. Płótno jak na owe czasy było w swym przekazie bardzo odważne. Filistrzy byli oburzeni. Ale wiadomo nie od dzisiaj, że dzięki takiej atmosferze, wystawa zyskuje na popularności. Podobno tylko pierwszego dnia obejrzało ją tysiąc osób. Trwała ponad miesiąc i w tym czasie do Zachęty przybyło ok. dwunastu tysięcy ludzi. Dzień po jej zakończeniu, w kwietniu tegoż roku, zawitał tam także sam Władysław Podkowiński. Poprosił woźnego o drabinę, postawił ją koło swego obrazu, wspiął się na odpowiedni szczebel i ostrym nożem zaczął ciąć płótno. Najzacieklej wokół twarzy kobiety. Bo zdaje się o tę niewiastę poszło. Warszawka dopatrzyła się w jej rysach twarzy podobieństwa do pewnej damy z towarzystwa. Chodziło o Ewę Kotarbińską, żonę Miłosza, także malarza, starszego kolegi Podkowińskiego. Już wcześniej mówiono, że artysta się w niej zakochał podczas kilku pobytów w jej ziemskim majątku. Zapewne nie udało mu się swoich emocji ukryć, bowiem został stamtąd wyproszony przez gospodarzy i odtąd prawie nigdzie poza swoją pracownią nie bywał. Niemniej przypomnijmy sobie, że właśnie tam, w Chrzęsnem i Mokrej Wsi powstały najlepsze impresjonistyczne dzieła Podkowińskiego i perfekcyjny wręcz portret, „Portret damy” (Ewy Kotarbińskiej właśnie), niestety zaginiony.

Artysta podczas malowania „Szału”

Można oczywiście przypuszczać, że czyn z Zachęty był powodowany nieszczęśliwą miłością artysty do zamężnej kobiety i zapewne jest w tym dużo prawdy. Uważam jednak, że dla jasności należy tu przedstawić to, co sam Podkowiński powiedział swemu znajomemu, znanemu kronikarzowi Warszawy, Wiktorowi Gomulickiemu.

– Zrobiłem ofiarę z rzeczy, która w danej chwili była mi najdroższą – zwierzał się wczoraj przede mną. – Zniszczyłem obraz, a kto wie, czy nie uśmierciłem zarazem talentu swego. Nic od dnia owego nie robię, nic robić nie mogę. I gdybym przynajmniej był pewny, że ofiara nie będzie daremną, że postępek mój zrozumiany został i oceniony! (…)

Spytałem, czy bardzo cierpiał spełniając artystyczne dzieciobójstwo?

– Tak, chwila była piekielna. Rozdzierane płótno wydawało głos podobny do krzyku. A gdy w otworze, na kilka łokci długim, błysnęło białe drzewo rusztowania, strach mnie zdjął…bo podobne to było do kości, bielejących w rozpłatanym trupie.

Moim zdaniem było to wyznanie emocjonalne, nic w zasadzie nie tłumaczące. A może jednak wszystko tłumaczące? Jest jeszcze jedno, w którym malarz twierdzi, że dotrzymał obietnicy terminu ekspozycji obrazu, a gdy ona dobiegła końca zamiast płótno zwijać i zabrać do domu, wolał je pociąć, by w ten sposób skonstatować doznany zawód indywidualny. Czy wy rozumiecie? Ja nic? – pisał zaraz po tym wydarzeniu jeden z dziennikarzy. Kolejny dodaje: Motywy więc czynu, który dzieciobójstwem nazwać by można, są – zagadką. Zagadką psychologiczną – twierdzą niektórzy. Klucza do tej zagadki szukamy. Szukali wówczas, zaraz po tym czynie dzieciobójstwem artystycznym zwanym, szukano i później, i współcześnie i … nie znaleziono. Najważniejsze jednak, że obraz dało się odrestaurować, ale dopiero po śmierci (niestety rychłej) artysty, gdyż wcześniej, w przeciwieństwie do Kurzawy, nie zgadzał się na jego naprawę. Płótno zakupił Feliks „Manggha” Jasieński, znany mecenas artystów, który później przekazał je w darze Muzeum Narodowemu w Krakowie. Obraz obecnie prezentowany jest w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach.

Obraz na ekspozycji w MNK

Warto na koniec zadać pytanie. Czy dlatego, że zarówno Kurzawa jak i Podkowiński dokonali aktu samozniszczenia swoich dzieł nazwano ich „artystami tragicznymi”, czy może dlatego targnęli się na nie, że ich życie artystyczne i osobiste było tragiczne? Odpowiedź mnie osobiście nie wydaje się prosta, ani tym bardziej oczywista. Faktem jest natomiast, że po tych czynach ich twórczość nie była już tak artystycznie genialna, jak przed ich dokonaniem.

Część I i II została pierwotnie opublikowana w trochę innej formie jako całość w numerze 3/2015 kwartalnika Krytyka Literacka

Dodaj komentarz