O Wojciechu Gersonie głosy dwa

Kim był Wojciech Gerson we współczesnej mu Warszawie? Choć będzie w moim stwierdzeniu trochę przesady, to jednak zaryzykuję tezę, że tym samym, kim dla Krakowa był Jan Matejko. A przynajmniej do takiej pozycji aspirował. Tak jak Mistrz Jan w Krakowie, tak on w Warszawie wychował wielu wybitnych malarzy.

O tym polu aktywności Gersona pisałem w innym eseju. Z jego treścią można zapoznać się czytając tekst zamieszczony na tej stronie. W malarstwie historycznym na gruncie warszawskim dążył, aczkolwiek na pewno nie był w stanie temu sprostać, nawet do osiągnięcia rangi równej Matejce. Zresztą jako człowiek nadzwyczaj wykształcony, zdawał sobie z tego sprawę.

Jak pisał biograf artysty, dzieła Gersona „nie wzruszają i nie przekonywują w takim stopniu jak pełne pasji dzieła Matejki”. Z Mistrzem Janem łączyło go jeszcze jedno. Obydwaj artyści nie mieli w sobie krwi polskiej ani po mieczu, ani po kądzieli, a jednak stali się żarliwymi Polakami. Wyrażali to przede wszystkim w swojej twórczości, ale także i działalności na polu publicznym. Jeden w Kongresówce, drugi w Galicji.

Zasługi Gersona dla rozwoju polskiego malarstwa owego czasu są niepodważalne i raczej nikt tego nie kwestionował. Wręcz przeciwnie. Nawet często z nim polemizujący o znaczeniu rodzimej sztuki i roli artysty Stanisław Witkiewicz pisał, że „wszyscy uczniowie Gersona wyszli od niego przygotowani do pojmowania i odtwarzania każdego kształtu, jaki w naturze spotkali. Gdziekolwiek się znaleźli, na wsi czy w mieście, w salonie czy polu, obracali się swobodnie i potrafili wszystko rysować”. Podobne stanowisko zajmował Eligiusz Niewiadomski stwierdzając, że, „jako profesor zapominał Gerson o akademickich komunałach, pięknych liniach i poprawionej naturze. Przeciwnie – uczniom mówił o ścisłem studiowaniu natury i do niej zawsze odsyłał, nie narzucał im swoich ideałów, nie paczył talentów, dał każdemu zdrową podstawę, na której można było budować, co tam kto w sobie miał. Z pracowni jego wyszli ludzie tak do siebie niepodobni, jak Wyczółkowski, Chełmoński, Pankiewicz, Podkowiński, Piechowski i iluż innych!”

Wojciech Gerson zmarł 25 lutego 1901 roku. Po jego śmierci ukazały się liczne artykuły pośmiertne. Jedne więcej, inne mniej panegiryczne. Jednak nikt nie śmiał napisać takich słów, jak uczynił to Feliks „Manggha” Jasieński na łamach jakże wtedy elitarnego periodyku „Chimera” (Tom 1, zeszyt 2, luty 1901; „W kwestyi drobnego nieporozumienia”). W rok później na łamach „Biblioteki Warszawskiej” (1902, Tom 2; „Wojciech Gerson”) głos zabrał sam Józef Chełmoński. Możemy przypuszczać, że była to, aczkolwiek spóźniona, odpowiedź na niepochlebne o Gersonie słowa Jasieńskiego. Poniżej przedstawimy krótkie fragmenty obydwu tych tekstów (pisownia oryginalna). Zastosujemy tu pewien zabieg. Słowom napisanym przez Jasieńskiego przeciwstawimy to, co skreślił Chełmoński, choć jego artykuł jest trzy razy dłuższy. Odniesiemy się tylko do kilku obszarów działalności Gersona, gdyż nie ma potrzeby cytować całych artykułów. Są zdigitalizowane i można je łatwo odszukać w internecie.

Jasieński: Że ś.p. Gerson kochał sztukę, że pragnął stworzyć sztukę naszą, że pracował niezmordowanie, jak mógł i umiał – nie ulega to żadnej wątpliwości. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości również i to, że rezultat tych usiłowań był marny – jeśli zrobimy przegląd owoców pracy; równający się zeru – jeżeli chodzi o działalność nauczycielską; opłakany wreszcie co do wpływu na czytającą publiczność. Ponieważ ś.p. Gerson nie był artystą i nie stworzył nigdy dzieła mającego chociażby dalekie z dziełem sztuki podobieństwo, nie jest – jak głosi prasa polska – artystą wielkim, znakomitym.

Chełmoński: Zasługi tego człowieka są niemałe: na jakiemkolwiek bądź polu pracował, wszędzie odnaleźć można wielkość jego duszy. Gerson był to wielki artysta, niepospolity nauczyciel, człowiek obdarzony gorącą miłością wszystkiego, co szlachetne, wielkie.

Jasieński: Ponieważ ś.p. Gerson miał o sztuce wyobrażenie jak najfałszywsze, nie mógł być profesorem malarstwa.

Chełmoński: Gdy obrazy Gersona, oparte na głębokim pojmowaniu prawdy, na wystudyowaniu powietrza, ukazały się w Warszawie, wystąpiono przeciw niemu z surową krytyką, wypływającą z zupełnego niezrozumienia dążeń artysty, utrzymując, że obrazy jego są mdłe i brudne, jak „ścierki”. Zarzut ten, powtarzany uparcie, utrzymywał się długo, a i teraz spotkać się z nim nie trudno. Pierwszy dopiero Witkiewicz ocenił należycie wartość Gersona, jako pejzażysty, i rzeczy, uważane za mało warte, wydobył na jaw. W istocie, prace Gersona odcinały się wybitnie od wszystkiego, co było wówczas w całym naszem malarstwie.

Jasieński: Przez pracownię ś.p. Gersona przepłynęły tysiące uczniów. Drobne strumienie, natrafiwszy na bagno, wsiąkają w nie; potężne rzeki płyną dalej i nie poznasz nawet po kolorze fal przebytej drogi. Temat prawdziwy ma to do siebie, że jest zawsze sobą – quand meme. Kilku wybitnych malarzy naszych znajdowało się przez chwilę w pracowani ś.p. Gersona; jeżeli tworzą dzieła sztuki, to właśnie dlatego, że się w tych dziełach najdrobniejszego nawet wpływu dopatrzeć nie podobna.

Chełmoński: A teraz kilka słów o tem, jakim był Gerson nauczycielem. Poznałem go około roku 1868. Jako początkujący uczeń, od pierwszej chwili olśniony byłem jego czcią, jaka miał dla sztuki starożytnej greckiej. (…) To szukanie czystości rysunku w sztuce malarskiej stanowiło zasadniczą cechę Gersona, jako nauczyciela, i tem wyróżniał się on zaszczytnie od innych, współczesnych mu nauczycieli. To była jedna z największych jego zalet pedagogicznych, gdyż w ten sposób zostawiał nam, uczniom, najcenniejszy skarb, broniący sztukę od skażeń. (…) Usilnie namawiał uczniów do uciekania z miasta za rogatki i rysowania wszystkiego, co naszym oczom się nawinie.

Jasieński: Ś.p. Gerson piastował jednakże u nas mnóstwo godności, gdyż społeczeństwo nasze nie wiedziało (i nie wie do dziś dnia), co to jest sztuka, czego ma żądać od dzieła sztuki, czem być powinna krytyka artystyczna i na czem ograniczać się winna działalność nauczycielska, jeżeli jej w ogóle przyznajemy racje bytu.

Chełmoński: Co to jest sztuka? Na czem sztuka polega? Czym jest artysta? Oto pytania, na które daremnie szukają odpowiedzi estetycy z zawodu. Niewątpliwie o tym przedmiocie dużo można mówić, lecz nie należy się łudzić, że przez to zbliżymy się do prawdy. Sztukę można odczuć, że jest, ale niepodobna wypowiedzieć, na czem polega, jak ją posiąść. (…) W podróżach notował Gerson nadzwyczaj dokładnie krajobrazy, budownictwo miejscowe, resztki zamków, święte miejsca, typy ludu, rysował jego ubiory. (…) Zasługi Gersona w tym kierunku porównać można do zasług Kolberga. Kolberg pozostawił żywy obraz ducha i myśli naszego ludu; Gerson zanotował formą plastyczną tegoż ducha. (…) Gerson był jednym z założycieli Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie.

Dlaczego, można by zapytać, tak ostro i w sposób fałszywy oceniał artystę Jasieński? Na pewno był przesiąknięty modernizmem i malarzy tego kręgu tylko akceptował. No i sztukę japońską, ale to akurat w tym przypadku ma mniejsze znaczenie. Nie zmienia to faktu, że jednak grubo przesadził. Wydaje się, że chciał w ten sposób ukazać siebie jako jedynego już (po Witkiewiczu) znawcę i obrońcę przełomu artystycznego, jaki wówczas dokonywał się w polskiej sztuce.

Na końcu swego niepochlebnego artykułu Jasieński, jak się wydaje, chciał niejako złagodzić jego negatywny ton pisząc krótkie postscriptum. Ale mimo wszystko odnosiło się ono do innego obszaru niż sztuka, jaką Gerson uprawiał. „Pan (…) utrzymuje, iż ś.p. p. Gersonowi należy postwić pomnik. Co do pomnika – jesteśmy w zgodzie, ale pokłócimy się, gdy przyjdzie na stół kwestya ułożenia napisu. Prawemu obywatelowi – zacnemu człowiekowi, ani słowa więcej. Powiecie, że w takim razie pomnik nie ma racyi bytu? Błąd wielki. Gersonów u nas jest tak mało, że możemy im stawiać pomniki – bez wahania.

Przypomnijmy tylko, że Józef Chełmoński to nasz wielki artysta malarz, a Jasieński – magnat, był przede wszystkim kolekcjonerem, a czasami także krytykiem sztuki. W kolekcjonerstwie zasługi miał wielkie, swoje zbiory podarował Muzeum Narodowemu w Krakowie, za co bez wątpienia należy mu się wieczna chwała – i nic więcej. O zasługach Józefa Chełmońskiego dla polskiej kultury wspominać nie będziemy, bo do rzeczy nadzwyczaj oczywistych nie trzeba przekonywać, obronią się same.