„Kazimierz Odnowiciel wracający do Polski” – obraz Wojciecha Gersona z historią w tle

Artysta namalował dwie wersje poświęcone temu tematowi. Pierwszy obraz z roku 1884, bardziej rozbudowany, który ukazywał więcej jego zbrojnych wojów, zaginął prawdopodobnie w czasie II wojny światowej. Tak przynajmniej można uważać, gdyż dzieło to znajduje się w polskim „Katalogu strat wojennych”, co prawda z dopiskiem „niezweryfikowane”.

Zaginiony obraz Wojciecha Gersona (1884)

Wojciech Gerson (1831 – 1901) wywodził się ze środowiska artystycznego Warszawy. Wspominamy o tym dlatego, gdyż w czasach mu współczesnych w środowisku krakowskim tworzył Jan Matejko. Jest to o tyle ważne, że zapatrując się zapewne w twórczość mistrza Jana, Gerson chciałby w Kongresówce spełniać tę samą rolę co Matejko w Galicji. Obecnie wiemy, że nawet nie zbliżył się w swoich dziełach do twórcy „Grunwaldu”. Zresztą sam miał tego świadomość. Niemniej najistotniejsze jest, że tym dwóm malarzom przyświecał ten sam cel – pokazać czym była Polska kiedyś. Obydwaj swą sztuką zaangażowali się w sprawę narodową wskrzeszając dziełami swoimi przeszłość Polski.

Czytaj dalej „Kazimierz Odnowiciel wracający do Polski” – obraz Wojciecha Gersona z historią w tle

Aleksandra Gierymskiego „Piaskarze”, czyli portret miasta, którego już nie ma

Przed wyjazdem z rodzinnej Warszawy, tym razem już na zawsze, na wieczną tułaczkę, Aleksander Gierymski namalował ostatnie płótno przedstawiające realistyczny wycinek z codziennego życia miasta i prostych ludzi. To prawie że fotograficzne oddanie realiów tamtych czasów przez jednego z najznakomitszych polskich artystów.

Aleksander Gierymski „Piaskarze”, MNW

Nie jest to oczywiście malarstwo historyczne. To realizm w jak najczystszej postaci, świat, który otaczał artystę bezpośrednio i w którym on uczestniczył – obserwując. Ale to także widok Warszawy końca dziewiętnastego stulecia, Warszawy, której już nie ma. Można więc powiedzieć, że to swoisty dokument historyczny. A bardziej fachowo – „naturalistyczno-ilustracyjny”. Niewiele zachowało się do dnia dzisiejszego obrazów, które pokazują nam widoki miast z tego okresu. Prawdę powiedziawszy, mało ich stworzono w ogóle. Gdy polskie malarstwo osiągało swój najbujniejszy i najbogatszy okres, czyli ok. roku 1900, który to czas Maria Poprzęcka nazwała „Szczęśliwą godziną”, to nasi artyści krajobrazem miejskim bardzo rzadko się zajmowali. Warszawę końca XIX wieku przedstawiających ludzi w niej żyjącej zostawił nam w kilku obrazach przede wszystkim Aleksander Gierymski.

Czytaj dalej Aleksandra Gierymskiego „Piaskarze”, czyli portret miasta, którego już nie ma

Jacka Malczewskiego „Melancholia”

Jak to dobrze, że są dzieła malarskie, które choć zostały stworzone ponad sto lat temu, to do tej pory trwają dyskusje dotyczące znaczenia poszczególnych scen w nich zawartych, jak i postaci czy rekwizytów umieszczonych na płótnie.

Do takich obrazów na pewno możemy zaliczyć Melancholię Jacka Malczewskiego. Kompozycja ta jest eksponowana obecnie w Muzeum „Pałac w Rogalinie”. Dzieło jest własnością Fundacji im. Raczyńskich, a galeria rogalińska jest oddziałem Muzeum Narodowego w Poznaniu.

Jacek Malczewski „Melancholia”

Malowidło to zostało uznane za manifest symbolizmu, jak również za najbardziej kluczowe dla dorobku samego malarza. W końcu XIX wieku w Polsce duża część środowiska twórczego uważała, że artysta, oprócz pracy twórczej ma także obowiązki narodowe i społeczne. Czy Malczewski w przypadku tego obrazu owe zadanie spełnił? Rzućmy więc okiem na tabliczkę znajdującą się koło płótna Melancholia, na której napisano, że dzieło to odnosi się do niepodległościowych dążeń i walk Polaków w XIX stuleciu, a także mówi o losie jednostki, o artyście i jego powołaniu. Dzieło traktowano jako malarski manifest antynaturalizmu i wizyjności, ale też narodowych i społecznych powinności artysty.

Czytaj dalej Jacka Malczewskiego „Melancholia”

Dwóch powstańców, dwóch artystów, dwa obrazy

Jedną z cech charakterystycznych dla sztuki XIX wieku był jej historyzm, czyli zasłanianie teraźniejszości przeszłością. W tym jednak przypadku, pomimo, że obydwa obrazy ukazują wydarzenie historyczne, to właściwszym byłoby stwierdzenie, że pokazują one osobiste przeżycia i doświadczenia ich autorów. Zaliczylibyśmy te kompozycje raczej do nurtu malarstwa realistycznego niż historycznego.

W obrazach tych nie widzimy heroizmu tamtych wydarzeń. Pozbawione są one także patosu jak było to preferowane w koncepcji malarstwa historycznego Jana Matejki. Mamy tutaj zwykłą, choć pełną trudu codzienną służbę żołnierza – powstańca, czy też jego losy. Powiedzielibyśmy nawet, że są one nad wyraz reportażowe, choć ważną rolę odgrywa tutaj także pejzaż.

Powstańczy epizod według Maksymiliana Gierymskiego

Maksymilian Gierymski „Patrol powstańczy” (ok. 1873), MNW

Rok 1863 to w historii Polski rok szczególny. Wtedy to rozpoczął się najdłużej trwający zryw narodowy przeciwko zaborcy rosyjskiemu – Powstanie Styczniowe. Starszy z braci Gierymskich jako szesnastoletni chłopak zaciąga się do wojsk powstańczych i czynnie uczestniczy w walkach prawdopodobnie na terenie Lubelszczyzny i Kielecczyzny. Kilka lat później objawi się to w twórczości malarskiej Gierymskiego, choć niewieloma w sumie dziełami nawiązującymi do tego okresu. Wsród nich jest jednak obraz „Patrol powstańczy”, który powszechnie zalicza się do jego najwybitniejszych osiągnięć artystycznych w ogóle. Ponoć namówił go do tego Adam Chmielowski, późniejszy św. Brat Albert, także malarz, ale i powstaniec styczniowy, który usłyszawszy od niego, że był w powstaniu, powiedział – „to maluj powstanie”. Treść płótna jest niezwykle prosta. Widzimy na nim czterech uzbrojonych konnych żołnierzy, „którzy prawdopodobnie dostrzegli w oddali oznaki obecności rosyjskiego wojska; jeden z nich zawrócił z wiadomością do oddziału majaczącego na linii horyzontu. Napięcie malujące się w gestach i ruchach anonimowych bohaterów tej sceny sugeruje spodziewany dramat – nieuchronną potyczkę z wrogiem. Wśród żołnierzy artysta przedstawił postać przypadkowo napotkanego na drodze chłopa – bezbronnego i bezwolnego uczestnika powstańczych wydarzeń. Monotonię pejzażu – bezkresnej przestrzeni nieba, ubogiej piaszczystej ziemi i biegnącej w dal drogi – podkreśla tonacja barwna rozegrana w wąskiej skali ugrów, zszarzałej zieleni i błękitu. Działanie koloru i bladego jesiennego światła jest całkowicie podporządkowane naczelnej idei obrazu, wyrażającej się w nastroju smutnej zadumy, zabarwionej gorzką świadomością klęski i straconych nadziei na odzyskanie niepodległości”tak opisuje to malarskie dzieło Ewa Micke-Broniarek, znawczyni twórczości artysty.

Czytaj dalej Dwóch powstańców, dwóch artystów, dwa obrazy

„Otrucie królowej Bony” – obraz Jana Matejki z historią w tle

Mistrz Jan malowanie tego obrazu rozpoczął jeszcze w czasie studiów w Monachium. Zaprosił do swojej pracowni kolegę z akademii. Powiedział ponoć do niego – prawda, że podobna do Bony? Na co przyjaciel miał odpowiedzieć – A skąd ja mam wiedzieć jak wyglądała Bona?

„Otrucie królowej Bony” (1859), Muzeum Narodowe w Krakowie

W sumie racja, co za różnica, czyją twarz przedstawił malarz, ważne natomiast, jak ją przedstawił. Tak naprawdę to pozowała mu do postaci Bony lokatorka domu, w którym Matejko mieszkał. Jednak już wtedy młody adept sztuk plastycznych, świadomy natomiast jako malarz historii wiedział, jak pisze Maria Poprzęcka, że „obraz historyczny musi być przede wszystkim komunikatywny w sferze emocji”. To, co koncentruje uwagę widza, to kielich z trucizną podany z niezwykłą uniżonością królowej przez jej doktora. Akcja została przez artystę zawieszona właśnie przed momentem kulminacyjnym.

Obraz z kradzieży

Płótno to jest pierwszą, dojrzałą historyczną kompozycją Matejki. Od czasu II wojny światowej było uważane za zaginione. Wypłynęło niespodziewanie na publicznej aukcji w 1996 roku. Wtedy zostało zakupione do Muzeum Narodowego w Krakowie. Zaraz jednak okazało się, że pochodzi z kradzieży. Obraz był własnością kolekcjonerki z Krakowa. Informacja ta wyszła od rodziny, która znała jej zbiory. Natomiast owa kobieta kradzieży nie zauważyła i nie zgłosiła, bowiem była chora na zaniki pamięci. Po trzech latach złodziei zatrzymano i skazano. Zgodnie z prawem obraz winien wrócić do jego prawowitych właścicieli, jednakże uznali oni, że skoro płótno jest już w muzeum, to niech tam pozostanie. Rodzina nieżyjącej już właścicielki uszanowała jej wolę wcześniej wyrażoną, o chęci podarowania swoich zbiorów muzeum. Dzięki temu obraz można teraz oglądać w Domu Matejki w Krakowie.

Czytaj dalej „Otrucie królowej Bony” – obraz Jana Matejki z historią w tle

Obraz z historią w tle. Artur Grottger „Ucieczka Henryka Walezego z Polski”

Rzecz raczej niebywała w historii Europy. Król wielkiego kraju czmycha z niego potajemnie, nocą, nie wygnany, ale z własnej woli. Trzy wieki później polski malarz Artur Grottger tworzy olejną kompozycję historyczną, przedstawiając na niej swoją wizję tej ucieczki.

Ucieczka Henryka Walezego z Polski (1860), Muzeum Narodowe w Warszawie

Po śmierci ostatniego króla z dynastii Jagiellonów, który nie pozostawił po sobie legalnego potomka, należało wybrać władcę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Mogło to nastąpić wyłącznie w wyniku wolnej elekcji. Bardzo często używa się stwierdzenia, że to właśnie Henryk Walezy był pierwszym polskim królem elekcyjnym. Faktycznie tron polski był elekcyjny już od czasu śmierci Kazimierza Wielkiego, ostatniego Piasta. Co prawda nie były to elekcje takie jak po roku 1572, tylko oligarchiczne, ale jak zauważył Aleksander Brückner, „dopiero z jego śmiercią (Zygmunta Augusta – przyp. L.L.) została Rzplita państwem ściśle elekcyjnym, o której rządy mógł byle kto się ubiegać, począwszy od szlachcica czeskiego i książątek włoskich aż po Iwana Groźnego i cesarzów Rzeszy”. Pięknie pisał o tym inny nasz dziewiętnastowieczny historyk: „Dopóki zresztą starczyło Jagiellonów, miała elekcja tylko formalne znaczenie; naród do dynastii swej przywiązany, przez nią jedynie z Litwą złączony, a unii litewskiej przede wszystkim strzegący, o innym wyborze nie myślał”.

Wybór króla

Kandydatów do tronu polskiego było kilku. Arcyksiążę Ernest Habsburg, Iwan Groźny, Jan III Waza, małżonek Katarzyny Jagiellonki (szwagier Zygmunta Augusta), czy Stefan Batory. Największe jednak szanse miał Henryk de Valois. Był trzecim synem Henryka II, króla Francji i Katarzyny Medycejskiej, a przede wszystkim młodszym o trochę ponad rok bratem zasiadającego na tronie w Paryżu Karola IX. Tak więc w swoim kraju, którym najbardziej pragnął władać i gdzie czuł się najlepiej, szans na koronę w tym czasie nie miał. Jego matka była jednak osobą nadzwyczaj zaborczą i ambitną więc za wszelką cenę chciała, aby i ten z jej synów został królem. Obojętnie zresztą jakiego kraju. Był nawet pomysł, aby to była… Algieria, ale i z tych planów nic nie wyszło. Padło więc na Polskę, w której akurat wygasła po dwóch wiekach wybitna dynastia. Szlachta nasza, która chciała pełnić i właściwie w owym czasie pełniła decydującą rolę w państwie ogłosiła, że tron przypadnie temu Francuzowi. Działo się to w maju 1573 roku. Takie rozwiązanie w ówczesnej sytuacji geopolitycznej wydawało się jak najbardziej słuszne. Niespełna 23 letni król elekt przybył do Polski w styczniu 1574 roku, a miesiąc później założono mu koronę na głowę.

Czytaj dalej Obraz z historią w tle. Artur Grottger „Ucieczka Henryka Walezego z Polski”