Obraz z historią w tle. Artur Grottger „Ucieczka Henryka Walezego z Polski”

Rzecz raczej niebywała w historii Europy. Król wielkiego kraju czmycha z niego potajemnie, nocą, nie wygnany, ale z własnej woli. Trzy wieki później polski malarz Artur Grottger tworzy olejną kompozycję historyczną, przedstawiając na niej swoją wizję tej ucieczki.

Ucieczka Henryka Walezego z Polski (1860), Muzeum Narodowe w Warszawie

Po śmierci ostatniego króla z dynastii Jagiellonów, który nie pozostawił po sobie legalnego potomka, należało wybrać władcę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Mogło to nastąpić wyłącznie w wyniku wolnej elekcji. Bardzo często używa się stwierdzenia, że to właśnie Henryk Walezy był pierwszym polskim królem elekcyjnym. Faktycznie tron polski był elekcyjny już od czasu śmierci Kazimierza Wielkiego, ostatniego Piasta. Co prawda nie były to elekcje takie jak po roku 1572, tylko oligarchiczne, ale jak zauważył Aleksander Brückner, „dopiero z jego śmiercią (Zygmunta Augusta – przyp. L.L.) została Rzplita państwem ściśle elekcyjnym, o której rządy mógł byle kto się ubiegać, począwszy od szlachcica czeskiego i książątek włoskich aż po Iwana Groźnego i cesarzów Rzeszy”. Pięknie pisał o tym inny nasz dziewiętnastowieczny historyk: „Dopóki zresztą starczyło Jagiellonów, miała elekcja tylko formalne znaczenie; naród do dynastii swej przywiązany, przez nią jedynie z Litwą złączony, a unii litewskiej przede wszystkim strzegący, o innym wyborze nie myślał”.

Wybór króla

Kandydatów do tronu polskiego było kilku. Arcyksiążę Ernest Habsburg, Iwan Groźny, Jan III Waza, małżonek Katarzyny Jagiellonki (szwagier Zygmunta Augusta), czy Stefan Batory. Największe jednak szanse miał Henryk de Valois. Był trzecim synem Henryka II, króla Francji i Katarzyny Medycejskiej, a przede wszystkim młodszym o trochę ponad rok bratem zasiadającego na tronie w Paryżu Karola IX. Tak więc w swoim kraju, którym najbardziej pragnął władać i gdzie czuł się najlepiej, szans na koronę w tym czasie nie miał. Jego matka była jednak osobą nadzwyczaj zaborczą i ambitną więc za wszelką cenę chciała, aby i ten z jej synów został królem. Obojętnie zresztą jakiego kraju. Był nawet pomysł, aby to była… Algieria, ale i z tych planów nic nie wyszło. Padło więc na Polskę, w której akurat wygasła po dwóch wiekach wybitna dynastia. Szlachta nasza, która chciała pełnić i właściwie w owym czasie pełniła decydującą rolę w państwie ogłosiła, że tron przypadnie temu Francuzowi. Działo się to w maju 1573 roku. Takie rozwiązanie w ówczesnej sytuacji geopolitycznej wydawało się jak najbardziej słuszne. Niespełna 23 letni król elekt przybył do Polski w styczniu 1574 roku, a miesiąc później założono mu koronę na głowę.

Czytaj dalej Obraz z historią w tle. Artur Grottger „Ucieczka Henryka Walezego z Polski”

O wozie, zaprzęgu i jednym naczyniu. Waza z Bronocic

Zaraz po wejściu od strony ogrodów do Muzeum Archeologicznego w Krakowie, gdy zmierzamy do punktu sprzedaży książek i pamiątek, widzimy szklaną gablotę stojącą praktycznie na korytarzu, a w niej jeden tylko eksponat. Waza.

Dwóch panów profesorów, jeden z Polski, drugi z USA, prowadzili w miejscowości Bronocice (woj. świętokrzyskie) badania obiektów należących do tzw. kultury pucharów lejkowatych. Działo się to w 1976 roku. Jakież musiało być ich zdziwienie, gdy znaleźli całkowicie inny artefakt, niż się spodziewali. Tym znaleziskiem okazała się waza zdobiona ornamentem, na który składała się sekwencja rożnych symboli. Spośród kilku umieszczonych na niej rysunków za najważniejszy uznano ten, który przedstawia czterokołowy wóz z dyszlem oraz kołami.

Waza z Bronocic, Muzeum Archeologiczne w Krakowie

Naukowcy domyślają się, że była do niego zaprzęgnięta para zwierząt. Oprócz owego wozu, który wyryty jest aż pięciokrotnie, na naczyniu widzimy także prawdopodobnie symbole przedstawiające drzewa, pole z drogą oraz wodę.

Czytaj dalej O wozie, zaprzęgu i jednym naczyniu. Waza z Bronocic

Bóstwo przedchrześcijańskiej Słowiańszczyzny. Światowid ze Zbrucza

Każde chyba muzeum na świecie posiada w swoich zbiorach zabytek, który jest dla niego najważniejszym, najcenniejszym, jednym słowem mówiąc – wyjątkowym. Takim właśnie eksponatem dla Muzeum Archeologicznego w Krakowie zdaje się być posąg Światowida ze Zbrucza, skoro jego wizerunek widzimy nawet w logo MAK.

Posąg Światowida

Paweł Jasienica w „Słowiańskim rodowodzie” pisze tak: zwiedzanie Małopolski zacząłem od wizyty oficjalnej. Złożyłem ją posągowi Światowida w krakowskim Muzeum Archeologicznym. Wizyta ta miała miejsce w około 100 lat po odnalezieniu tej figury na dnie rzeki Zbrucz na Podolu (obecnie zach. Ukraina). Był rok 1848. Upalne wtedy lato spowodowało obniżenie poziomu wody w Zbruczu i gdy jej brzegiem przechadzał się jeden z mieszkańców tamtejszych terenów, ówcześnie w granicach Rzeczypospolitej, dojrzał kamienną rzeźbę. Zaciekawiony odkryciem, postanowił przy pomocy znajomego oraz trzech par wołów, bo figura ważyła ponad 500 kg., wydobyć ją z rzeki. Trudno dokładnie powiedzieć, co działo się z posągiem przez kolejne 3 lata, bo różne są na ten temat opowieści, ale ponoć przeleżał gdzieś rzucony za stodołą. Gdy w jego posiadanie wszedł właściciel ziemski Mieczysław Potocki, powiadomił o znalezisku Towarzystwo Naukowe Krakowskie i dnia 12 maja 1851 r. posąg zbruczański dotarł do królewskiego Krakowa.

Czytaj dalej Bóstwo przedchrześcijańskiej Słowiańszczyzny. Światowid ze Zbrucza

Józef Simmler. „Śmierć Barbary Radziwiłłówny”

Dzieje naszej ojczyzny budzą u wielu ludzi wielkie emocje, a co za tym idzie duże zainteresowanie. Pewną rolę w opisywaniu tamtych czasów pełni także malarstwo. Najprościej rzecz ujmując, malarstwo historyczne polega na przedstawianiu historii kraju za pomocą środków plastycznych. W Polsce najintensywniej zaistniało w latach pięćdziesiątych XIX wieku.

„Śmierć Barbary Radziwiłłówny” (1860), Muzeum Narodowe w Warszawie

Obraz Józefa Simmlera Śmierć Barbary Radziwiłłówny powszechnie uważany jest za jedno z najgłośniejszych dzieł w historii polskiego malarstwa. Powiem szczerze, że kiedy mam możliwość na niego patrzeć w Muzeum Narodowym w Warszawie, to wzbudza on we mnie mieszane uczucia, bo przecież w obliczu śmierci, my ludzie, zawsze jesteśmy pełni pokory. I jeżeli rozważam, co płótno przedstawia z tego punktu widzenia, to musi ono wywoływać uczucie wzruszenia. Kto zna historię dramatycznej miłości króla Zygmunta II Augusta i Barbary Radziwiłłówny, ten zrozumie co mam na myśli. Natomiast jeśli spojrzeć na to płótno pod kątem artystycznym, malarskim, to według mojej oceny zbyt dużo w nim detali rozpraszających uwagę widza, jak np. chustka i książeczka na fotelu, oparcie tegoż krzesła wychodzące niejako z ram obrazu, dużo kotar, itp. Elementy te odwracają moją uwagę, bo raczej powinienem skupić się na powadze śmierci Barbary i cierpieniu towarzyszącego jej w tej ostatniej chwili Zygmunta. No cóż, ale takie były wówczas wymagania stawiane obrazom nurtu romantycznego, a kompozycje o tematyce historycznej wykorzystujące akademickie środki wyrazu charakteryzowały się często starannym doprecyzowaniem detali oraz teatralną wręcz inscenizacją. Iluzjonistyczna technika malarska służy jednak nie tylko uprawdopodobnieniu sceny. Jest świadectwem kunsztu malarza, popisem wirtuozerii, która wzbudzała zresztą wówczas podziw publiczności (1).

Czytaj dalej Józef Simmler. „Śmierć Barbary Radziwiłłówny”

Alegorie postaw moralnych. Romańskie kolumny ze Strzelna

Podobnie rzeźbione romańskie kolumny można spotkać tylko w dwóch miejscach na świecie, w Santiago de Compostela w Hiszpanii oraz bazylice św. Marka w Wenecji. Być może dzięki temu, że przez kilkaset lat były zamurowane i nikt o niech nie wiedział, dotrwały do naszych czasów.

Strzelno na Kujawach to miejscowość wyjątkowa, jeżeli chodzi o zabytki. W jednym miejscu, oddalone od siebie zaledwie o kilka metrów, stoją dwie romańskie świątynie. Rotunda św. Prokopa i kościół Świętej Trójcy, który co prawda obecnie fasadę ma barokową, ale jak zajrzymy tu i tam, to reliktów romańskich w nim bez liku. Ot choćby para kolumn o wysokości 4 m i obwodzie 62 cm. W 1946 roku kolumny zostały odkryte przez historyka sztuki, prof. Zdzisława Kępińskiego, gdyż ponad 200 lat były obmurowane cegłą. Dlaczego? Nie wiadomo. Przypuszczam, że powodem była przebudowa świątyni w XVIII w. na styl barokowy i jakiemuś mnichowi lub pewniej mniszce norbertance taka staroć nie bardzo pasowała do nowego wystroju wnętrz. Kolumny datowane są na II poł. XII w. i powszechnie uważane za unikat sztuki romańskiej w Polsce.

Rotunda św. Prokopa i kościół Świętej Trójcy w Strzelnie

Właściwie to są 4 kolumny międzynawowe z tego okresu. Jednak my przyjrzymy się tutaj tylko dwóm, tym umieszczonym po wschodniej stronie kościoła. Tymi, których trzony wypełnione są dekoracjami figuralnymi wyobrażającymi takie pojęcia moralne jak Sprawiedliwość, Mądrość, Gniew, Roztropność i wiele innych. Kolumna po lewej stronie od wejścia do kościoła, czyli północna, zawiera personifikację przywar, natomiast ta południowa, po prawej stronie nawy głównej, personifikację cnót. Trzony tych kolumn podzielone są na strefy rozdzielone pasem ornamentyki roślinnej. W każdej ze stref znajduje się po 6 arkadek, w których przedstawiono stojące, statyczne postacie kobiet i mężczyzn (w większości kobiet), które wyobrażają pojęcia moralne. Daje to nam w sumie 36 personifikacji, po 18 dla cnót i przywar. Do tej pory nie udało się rozszyfrować z powodu uszkodzeń i utraty atrybutów w sumie 5 personifikacji, 3 dla cnót i 2 dla przywar.

Czytaj dalej Alegorie postaw moralnych. Romańskie kolumny ze Strzelna

Drzwi Płockie

Przyjmuje się powszechnie, że powstały w latach 1152 – 1154, a więc są prawdopodobnie o około 20 lat starsze* od innych słynnych romańskich drzwi kościelnych, Drzwi Gnieźnieńskich. Problem polega jednak na tym, że te zawieszone w płockiej katedrze nie są oryginalne.

Drzwi Płockie

Wiele jest zagadek związanych z dziejami Drzwi Płockich pomimo istniejącej bogatej literatury przedmiotu. Niemniej, niektórzy przyjmują, że były one inspiracją dla powstania brązowych drzwi do katedry gnieźnieńskiej. Pewnym natomiast jest z czyjej inicjatywy powstały. Ponieważ znajdują się na nich wyobrażenia 2 biskupów, płockiego, Aleksandra z Malonne i magdeburskiego, Wichmana, ich udział w fundacji jest bezsporny. Zostały odlane właśnie w niemieckim Magdeburgu. A co działo się z nimi po ich wykonaniu? Czy kiedykolwiek zostały zamontowane w katedrze płockiej?

Czytaj dalej Drzwi Płockie

Najsłynniejsze drzwi w Polsce. Drzwi Gnieźnieńskie

Niewątpliwie jednym z najcenniejszych polskich zabytków okresu średniowiecza są Drzwi Gnieźnieńskie. To arcydzieło sztuki romańskiej powstałe w 2. połowie XII w. do dziś zachwyca odwiedzających archikatedrę gnieźnieńską.

Archikatedra w Gnieźnie

Trwają dotychczas dyskusje historyków, z czyjej inicjatywy powstały. Powszechnie uważało się, że wykonano je na zlecenie Mieszka Starego, ale teza ta obecnie jest podważana. Natomiast jako fundatora i autora programu ikonograficznego wskazywano przede wszystkim ówczesnego arcybiskupa gnieźnieńskiego Jana, ale to także nie jest pewne. Inną sprawą jest także i to, że od niedawna słychać poważne głosy, że Drzwi pierwotnie nie zostały umieszczone w gnieźnieńskiej katedrze, tylko w Strzelnie, w klasztorze norbertanek, a później dopiero zostały tam przewiezione. Strzeleński klasztor słynie bowiem w świecie z odkrytych tam przepysznej piękności kolumn romańskich i chyba dlatego obecnie ta koncepcja zyskuje coraz więcej zwolenników. Tutaj tego jednak nie rozstrzygniemy, pozostawmy to badaczom i odkrywcom tajemnic, a my przejdźmy do meritum.

Czytaj dalej Najsłynniejsze drzwi w Polsce. Drzwi Gnieźnieńskie

Tympanon z wrocławskiego kościoła NMP na Piasku

Przyglądając się modelowi kościoła uwiecznionemu na tympanonie trzymanemu w ręce przez donatora, można zauważyć, że wygląd świątyni na nim uwieczniony różni się od wyglądu fazy romańskiej, kiedy to był fundowany, a odtworzonego na podstawie badań archeologicznych.

Tympanon fundacyjny NMP na Piasku

W jednej z relacji z badań kościoła na Piasku czytamy: „Z fragmentarycznie zachowanych reliktów murów i częściowo za pomocą uwiecznionego na tympanonie modelu kościoła udało się wysnuć hipotezę, że w pierwszej fazie budowlanej wzniesiono kamienną budowlę, która mogła być dwuwieżową, trójnawową bazyliką, długości ok. 31,5 m i szerokości części nawowej ok. 11,5 m, z transeptem i prosto zamkniętym prezbiterium”. I jeszcze jedno zdanie, z innego opracowania archeologicznego: „podczas wykopalisk odkryto relikty prostokątnego na planie prezbiterium…” Czyli reasumując: kościół na Piasku z pierwszej fazy budowy, romańskiej, miał dwuwieżową fasadę, transept i zamknięte prosto prezbiterium. A co widzimy na tympanonie? Dwie wieże (to się zgadza), a poza tym absydę, która zamyka prezbiterium i ani śladu transeptu.

Czytaj dalej Tympanon z wrocławskiego kościoła NMP na Piasku

Malowidła ścienne w Bazylice w Czerwińsku nad Wisłą

Bazylika w Czerwińsku nad Wisłą posiada prawdopodobnie największy zespół malowideł romańskich w Polsce pochodzących z XIII wieku. Ale obok nich znajdziemy także i gotyckie, z wieku XV, w tym malowidło tablicowe przedstawiające Pietę.

Spod dwunastu warstw innych fresków powstających na przestrzeni wieków, na środkowej ścianie kaplicy Chrystusa Ukrzyżowanego bazyliki w Czerwińsku nad Wisłą, w 1951 roku prof. Karol Dąbrowski odkrył malowidło ścienne pochodzące z XIII stulecia.

Kaplica Chrystusa Ukrzyżowanego

Polichromia romańska z Czerwińska

W Polsce malowidła romańskie są rzadkością, przeważnie to destrukty. Najlepiej zachowane, aczkolwiek także wyblakłe i uszkodzone, znajduje się w kolegiacie w Tumie. Choć prof. Świechowski, najwybitniejszy znawca polskiej sztuki romańskiej uważa, że to z Czerwińska prezentuje zbyt niską klasę, aby je porównywać z freskiem z Tumu (malowidło w absydzie zachodniej), to jednak warto poświęcić mu kilka słów. W pięciu rzędach, drobne malowidła, ujęte w medaliony, przedstawiają sceny przede wszystkim ze Starego Testamentu. Sporządzone zostały w stylu miniaturowym, całkowicie płaskim, na białym tle, do których użyto najprostszych barw: żółtą, czerwoną, zieloną, brązową i czarną. Utrwalono na nich sceny z Księgi Rodzaju, z życia pierwszych rodziców, a także związane z historią Noego i Abrahama oraz obrazy męczeństwa, m.in. św. Szczepana.

Czytaj dalej Malowidła ścienne w Bazylice w Czerwińsku nad Wisłą

Romański „Słup koniński”

Dokładnie w połowie drogi miedzy Kaliszem i Kruszwicą, w mieście Koninie, na cmentarzu przy kościele pw. św. Bartłomieja znajduje się najstarszy znak drogowy w tej części Europy – romański Słup Koniński, zwany także słupem milowym.

Ponoć drzewiej znajdował się on troszkę w innym miejscu, nieopodal konińskiego zamku, ale tak jak i w średniowieczu, tak również i obecnie wskazuje dokładnie połowę drogi między tymi dwoma historycznymi miastami Polski. Często możemy także spotkać się określeniem „słup milowy”. Jednak kilka lat temu PTTK, oddział w Koninie, bardzo mocno zaprotestował przeciwko tej nazwie w formie listu otwartego. Miało to związek z wyemitowaniem przez NBP monety 2 złotowej, z historycznej serii poświęconej polskim miastom. Moneta ta zawiera na rewersie wizerunek Słupa, najstarszego zabytku Konina, do której dołączono opis, że jest to „słup milowy”. W liście tym czytamy, że Słup ten nie pełnił nigdy funkcji słupa milowego tak jak słupy stawiane na drogach rzymskich lub tak jak o wiele wieków późniejsze XVIII wieczne słupy, np. poczty saskiej lub brandenrbursko – pruskiej. Taka nazwa nie bywa używana w opracowaniach historyczno-naukowych i w większości rzetelnych materiałów krajoznawczych.

Czytaj dalej Romański „Słup koniński”