Włodzimierz Tetmajer. „Święcone w Bronowicach”

Jedną z najważniejszych tradycji polskich związanych z Kościołem katolickim jest święcenie pokarmów w Wielką Sobotę poprzedzającą Święta Wielkanocne. Zwyczaj błogosławienia żywności sięga okresu średniowiecza, a być może nawet czasów pogańskich. Myślę, że dzisiaj warto przyjrzeć się najsłynniejszemu obrazowi odnoszącemu się do tego obrzędu.

Artur Górski, pisarz i krytyk literacki, od którego cyklu artykułów powstał termin „Młoda Polska”, a później tak też nazwano cały okres w historii literatury i sztuki w naszym kraju, napisał o współczesnym mu malarstwie: Dwa zdają mi się przejawy rodzimości w malarstwie polskim: wielka ekspresja uczucia (Matejko) i pewien odrębny nastrój, pewien ton grający w nich rodzimą melodię. W tym nastroju tworzy Chełmoński i Wł. Tetmajer.

Włodzimierz Tetmajer, „Święcone w Bronowicach”

I chyba należy z perspektywy czasu zgodzić się tymi słowami. Choć mieliśmy wielu świetnych malarzy tworzących w tej epoce dzieła wybitne, to ich aktywność artystyczna pozostawała niejako poza tymi obszarami wrażliwości. O Włodzimierzu Tetmajerze, malarzu, bo przecież artysta nie tylko obrazy malował, tak oto się wyrażał krytyk Jan Sten: Nieporównany mistrz koloru, jeden z najlepszych, najsłoneczniejszych pejzażystów, jakich malarstwo nasze wydało – Tetmajer odwraca się od czystej sztuki i staje na czele ruchu, który pod ogólnym hasłem wprowadzenia sztuki do życia dąży jednak do żądania ściślejszego, by wprowadzić do życia pierwiastek kultury chłopskiej.

Czytaj dalej Włodzimierz Tetmajer. „Święcone w Bronowicach”

Olga Boznańska. „W Wielki Piątek”

W tym samym roku (1890) Olga Boznańska maluje dwa bardzo dużych rozmiarów obrazy, o bardzo podobnej wielkości. Mowa tutaj o dziele „W oranżerii” (MNW), oraz o interesującym nas dzisiaj płótnie „W Wielki Piątek”.

Olga Boznańska „W Wielki Piątek” – fragment

W ten dzisiejszy dzień, Wielki Piątek, przyjrzyjmy się temu obrazowi. Na co dzień znajduje się on w Bazylice Mariackiej w Krakowie. Zawieszony jest w jednej z kaplic. Ja miałem okazję obejrzeć to płótno na wielkiej wystawie dzieł artystki w Muzeum Narodowym w Krakowie w 2015 roku. Ten monumentalny obraz jest nietypowym jak dla Boznańskiej zarówno ze względu na rozmiary jak i tematykę. Warto wiedzieć także, że malarka gdy go tworzyła, miała zaledwie 25 lat. Jednym z celów powstania tego dzieła była chęć pokazania krakowskiej publiczności, jak rozwinął się jej talent dzięki pobytowi i nauce malarstwa w Monachium.

Czytaj dalej Olga Boznańska. „W Wielki Piątek”

Władysław Ślewiński nad brzegiem morza Bretanii – w 100. rocznicę śmierci

W dniu 24 marca 1918 roku w Paryżu zmarł Władysław Ślewiński. Większość swojego artystycznego życia spędził we Francji, szczególnie w Bretanii. Malował pejzaże bretońskie i tatrzańskie, martwe natury, portrety. Był jednym z najbardziej konsekwentnych kontynuatorów Szkoły z Pont-Aven. Niniejszy szkic jest poświęcony jest jednemu z jego obszarów zainteresowań.

Władysław Ślewiński „Autoportret” (1906), MŚK

Czy można aż tak zafascynować się morzem, aby namalować kilkadziesiąt pejzaży utrwalających tę wodę, skały i spienione fale? Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że człowiek widzi taki bezmiar wody po raz pierwszy w życiu będąc już po trzydziestce, to odpowiedź może być jak najbardziej twierdząca. Tym bardziej, że pochodził on z mazowieckich nizin. Jak jeszcze dodamy do tego, że miał być rolnikiem, a nie malarzem, którym postanowił zostać w wieku dopiero lat 34, to tym bardziej zrozumiemy motywy jakimi kierował się artysta, tworząc tak wiele marynistycznych obrazów.

Czytaj dalej Władysław Ślewiński nad brzegiem morza Bretanii – w 100. rocznicę śmierci

Dwa „Targi” Józefa Pankiewicza czyli od realizmu do impresjonizmu

Te dwa obrazy, o których traktować będzie niniejszy szkic, odcisnęły piętno nie tylko na samym ich twórcy, ale także i w pewnym stopniu na polskim malarstwie końca XIX wieku. Pierwszy z nich na pewno miał wpływ na całą artystyczną karierę Józefa Pankiewicza, drugi natomiast był jednym z tych, od którego publicznej prezentacji datujemy początek sztuki nowoczesnej w Polsce.

Po ukończeniu krótkiego okresu nauki w Warszawskiej Klasie Rysunkowej, zwanej popularnie „szkołą Gersona”, Józef Pankiewicz mając lat dziewiętnaście, otrzymuje prywatne stypendium od pewnej zamożnej damy, by dalej kształcić się w Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu. Choć wtedy właściwym miejscem winno być raczej Monachium, jak to czynili wcześniej m.in. Józef Chełmoński czy bracia Gierymscy, to jednak hrabina decyduje się opłacać wyłącznie kierunek rosyjski, bo czas taki, że terror carski jest w Królestwie Polskim coraz bardziej uciążliwy, więc lepiej nie drażnić lwa.

Czytaj dalej Dwa „Targi” Józefa Pankiewicza czyli od realizmu do impresjonizmu

Wojciech Gerson. Nauczyciel malarzy

Kim był Wojciech Gerson w drugiej połowie XIX wieku w środowisku artystycznym Warszawy? Zapewne łatwiej byłoby wymienić kim nie był. Modna obecnie i będąca często dla wielu „źródłem wiedzy”, bo swobodnie dostępna Wikipedia, w krótkiej, zdecydowanie za krótkiej jak na taką osobowość notatce, opisuje Gersona jako „polskiego malarza, pejzażystę, przedstawiciela realizmu, historyka sztuki i pedagoga”. Możemy śmiało powiedzieć, że w dużej części to się zgadza, ale jednak te suche określenia mało nam mówią, bowiem we współczesnej mu epoce uchodził za człowieka instytucję.

Wojciech Gerson „Autoportret” (1893)

Malował, uczył malować innych, zarządzał szkołą plastyczną, pisał w stołecznych czasopismach. Był jak na owe czasy osobą w dziedzinie sztuk plastycznych bardzo wykształconą. Studiował najpierw na Oddziale Architektury warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, później na wydziale malarskim, a następnie w często odwiedzanej przez polskich malarzy, choć słabej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu. W Paryżu studiował przez pewien czas u słynnego malarza i nauczyciela Léona Cognieta.

Czytaj dalej Wojciech Gerson. Nauczyciel malarzy

Historia jednego obrazu. Józef Chełmoński. „Czwórka”

Mające ponad 6,5 metra długości i ponad 2,7 metra wysokości płótno nie bez przyczyny ma tak potężne wymiary. Zamiar artystyczny był w sumie prosty. Ukazać w szaleńczym galopie zaprzęg czterech koni w ich naturalnej wielkości. Pędzą te konie wprost na nas gdy wchodzimy do Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w krakowskich Sukiennicach.

Józef Chełmoński naukę malarstwa najpierw pobierał u Wojciecha Gersona w Warszawie, a potem w Akademi w Monachium. W tych „bawarskich Atenach” odnosił doraźne sukcesy, był nagradzany oraz sprzedał kilka obrazów. Opuszcza jednak to miejsce i via Ukraina wraca do Polski. Osiada na chwilę w Warszawie. Wraz z przyjaciółmi z monachijskiej akademii, Stanisławem Witkiewiczem i Albertem Chmielowskim (późniejszym św. Bratem Albertem), wynajmują pracownię w Hotelu Europejskim.

Józef Chełmoński „Czwórka” (1881), MNK

W tej słynnej wówczas warszawskiej pracowni maluje zapamiętaną zapewne na Ukrainie scenę, której nadaje tytuł Babie lato. Słynny obecnie ten obraz wówczas wywołał u krytyki i publiczności wiele kontrowersji. Mówiąc najprościej, nie podobał się. Warszawa nie była miejscem gdzie artystów i sztukę ceniono. Obrazowo opisał to Stanisław Witkiewicz:

Czytaj dalej Historia jednego obrazu. Józef Chełmoński. „Czwórka”

Pankiewicz i Podkowiński. Szermierze impresjonizmu w Polsce

Czy nie łatwiej było pójść śladami wcześniej przetartymi, które jednocześnie zaspakajały gusta krytyki i publiczności, skupić się na malarstwie historycznym, czy też tworzyć gładko malowane portrety chętnie zamawiane i kupowane przez nowobogackich, niż ruszyć drogą nieznaną w swoim kraju i uprawiać sztukę, której tak naprawdę nikt nie rozumiał, a co gorsza, nawet nie chciał zrozumieć? Oczywiście, że łatwiej, ale o ile polska historia sztuki byłaby uboższa, gdyby nie dwaj bardzo młodzi artyści, którzy pewnego roku u schyłku XIX wieku odwiedzili Paryż. Bywali w tym czasie w światowej stolicy sztuki i inni Polacy, ale tylko ci dwaj na tyle zafascynowali się nowym trendem w malarstwie, że postanowili tworzyć w tym duchu. Śmiem twierdzić, być może z lekką przesadą, że gdyby nie oni, to teraz nie mielibyśmy szansy oglądać w polskich muzeach obrazów malowanych paletą impresjonistyczną, bo jeden obraz Moneta i kilka innych, mniej znaczących, to jednak zbyt mało. Przypuszczam, że w ogóle nie byłoby takiego pojęcia jak „polski impresjonizm”. Choć tak naprawdę okres ten jest tak krótki, że w liczbach bezwzględnych dla dziejów sztuki prawie niezauważalny, bo trwający zaledwie pięć lat, to jednak jest w jakiś sposób wyodrębniany i to dzięki tym dwóm malarzom – Józefowi Pankiewiczowi i Władysławowi Podkowińskiemu. Najczęściej w literaturze przedmiotu określa się ich „prekursorami” impresjonizmu w Polsce. Ja w tytule niniejszego szkicu pozwoliłem sobie użyć określenia „szermierze”. Nie pamiętam obecnie kto zastosował owo pojęcie jako pierwszy (Józef Czapski?) lecz moim zdaniem ono najdokładniej oddaje to, co przeżywali ci artyści, próbując wprowadzić na polski grunt założenia tego kierunku. „Szermierz” bowiem walczy mieczem (szablą, szpadą), tak jak oni walczyli o swoje racje z pędzlem w dłoni. Przeciwników mieli nie lada mocnych, cała niemal krytyka i publiczność była zirytowana, a nawet zacietrzewiona takim sposobem malowania.

W. Podkowiński „Autoportret” (1892), MNW (fot. Domena publiczna)

Powszechnie obśmiewano ich prace. Znaleźli się i tacy, co kazali im iść do okulisty, skoro tak widzą rzeczywistość. Byli i bardziej nieprzejednani, którzy uważali, że „toczy ich rak”, a jeden z dziennikarzy podpisujący się inicjałem „M” twierdził, że to co malują, to są rzeczy dziwaczne aż do obrzydliwości. Można nimi raz upstrzyć ścianę wystawy, ze względu na to, że stanowią okazy szkoły, ale ponieważ ta szkoła jest tylko karykaturą, przeto nie godzi się powtarzać eksperymentu. Widzowie, raz poznawszy co to jest ów impresjonizm, mają go już dosyć (1). Zresztą we Francji od dwóch dekad już trwała batalia o impresjonizm, gdzie nierzadko o tych obrazach mówiono, że to „hańba, brzydota i odraza”. A teraz są dumą i ozdobą najważniejszych muzeów i galerii świata.

Czytaj dalej Pankiewicz i Podkowiński. Szermierze impresjonizmu w Polsce

Jan Ciągliński, polski malarz, pierwszy…rosyjski impresjonista

W 160. rocznicę urodzin polskiego malarza Jana Ciąglińskiego, zamieszczam mój artykuł, który dwa lata temu publikowany był w kwartalniku KRYTYKA LITERACKA

Urodzony 20 lutego 1858 roku w Warszawie malarz, swoje życie artystyczne związał na stałe z Petersburgiem, gdzie zmarł i został pochowany. Stąd pojawiające się rozbieżności w jednoznacznym zdefiniowaniu tego twórcy: był malarzem polskim czy rosyjskim? W kilku dostępnych mi rosyjskich artykułach opisujących twórczość Jana Ciąglińskiego, uważa się go za „rosyjskiego malarza polskiego pochodzenia”. Często określany jest mianem pierwszego rosyjskiego impresjonisty, ale także nie rzadziej jako ten, który wprowadził impresjonizm na grunt rosyjski. Przyjrzyjmy się więc bliżej temu człowiekowi i być może uda nam się samemu wyrobić zdanie na ten temat. Dla mnie sprawa jest jasna, był malarzem polskim, Polakiem, który jako pierwszy pokazał rosyjskiej publiczności zdobycze impresjonizmu.

Po prostu został on tylko „zaanektowany w poczet malarzy rosyjskich” jak zauważył w 1935 roku krytyk Witold Bunikiewicz pisząc dla Kuriera Warszawskiego artykuł pt.: „Odzyskanie polskiego malarza” (1).

Czytaj dalej Jan Ciągliński, polski malarz, pierwszy…rosyjski impresjonista

Pierwszy obraz w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie

To olbrzymich wymiarów dzieło malarskie (ponad 27 metrów kwadratowych) Henryka Siemiradzkiego, przedstawia scenę prześladowania chrześcijan przez Nerona. Pomimo wagi tematu na nim zawartym, chcielibyśmy powiedzieć na początku o płótnie coś, co wydaje nam się niezwykle istotne. To właśnie ten obraz przekazany w darze przez malarza w 1879 roku do Muzeum Narodowego w Krakowie, posiada pierwszy numer inwentarzowy. Mówiąc inaczej, „Pochodnie Nerona” zapoczątkowały zbiory krakowskiego muzeum.

Tabliczka przy obrazie

Czytaj dalej Pierwszy obraz w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie

„Berezyna”. Arcydzieło pocięte na części przez Wojciecha Kossaka

Jest połowa grudnia roku 1900. Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie szumnie obchodzi otwarcie swojego nowego gmachu. Wśród zaproszonych gości nie brak oczywiście malarzy. Wśród nich są Julian Fałat i Wojciech Kossak. W czasie uroczystości ten pierwszy niespodziewanie policzkuje tego drugiego.

Fałat raczej za jakiegoś twardziela nie uchodził. Dlaczego więc publicznie znieważa kolegę po fachu? O co poszło? Rożnie się mówi. Że Kossak nie podał mu ręki na przywitanie, ktoś inny uważa, że poszło o jakąś kobietę, bo Wojciech był znany ze swoich podbojów. Natomiast pewnym jest, że konflikt pomiędzy tymi malarzami rozpoczął się już kilka lat wcześniej, w Berlinie, podczas malowania panoramy „Berezyna” i to była przyczyna zachowania Fałata. Niemniej taka publiczna potwarz w tamtych czasach mogła się skończyć tylko jednym – pojedynkiem.

Fot. 1

Pojedynek malarzy

Sekundanci ustalili, że pojedynek odbędzie się na pistolety. Dwa dni później, 17 stycznia 1900 roku rano, na terenie dzisiejszego Parku przy Bażantarni, dwaj panowie stają naprzeciwko siebie. Oddajmy teraz głos Kossakowi, który tak to opisał w liście do żony:

Dzięki Bogu zesztywniałem i nie rzuciłem się na niego. Pomyśl, co by to było wobec tych Moskali i całej Warszawy, okropność pomyśleć. Wyleciałem zaraz i posłałem mu sekundantów (…). Przed godziną w Ursynowie strzelałem do niego, chybiłem (czego nie żałuję), a on nie chciał do mnie strzelać, tylko stał, jakby żądając śmierci. Ponieważ jeszcze dwa razy mogłem strzelać i on także, poprosiłem Olesia, aby go się zapytał, czy i nadal nie chce się bronić. – Nie! – odpowiedział. Na to ja rzuciłem pistolet na ziemię i powiedziałem sekundantom, że do bezbronnego strzelać nie mogę. Nie podawszy mu ręki, wsiadłem do karety (…) Panu Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu dziękuję z głębi duszy, że tak pięknie rzecz się skończyła.

My też Bogu dziękujemy, że tak się rzecz zakończyła. Obaj artyści długo jeszcze żyli, a polska historia sztuki jest o wiele bogatsza.

Czytaj dalej „Berezyna”. Arcydzieło pocięte na części przez Wojciecha Kossaka