Historia jednego obrazu. Józef Chełmoński „Czwórka”

To jedno z najwybitniejszych dzieł pozostających w polskich zbiorach jakie stworzył artysta. Mające ponad 6,5 metra długości i ponad 2,7 metra wysokości płótno nie bez przyczyny ma tak potężne wymiary. Zamiar artystyczny był w sumie prosty. Ukazać w szaleńczym galopie zaprzęg czterech koni w ich naturalnej wielkości. Gdy wejdzie się do jednej z sal Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w krakowskich Sukiennicach, to ma się wrażenie, że konie te pędzą wprost na nas.

Józef Chełmoński naukę malarstwa pobierał najpierw u Wojciecha Gersona w Warszawie, w tzw. Klasie Rysunkowej. Była to jedyna wówczas w Kongresówce szkoła kształcąca w kierunku sztuk plastycznych, jak byśmy dzisiaj powiedzieli – Akademia Sztuk Pięknych. Jednak nie miała ona nic wspólnego z pojęciem Akademia. To była marnie zaopatrzona szkółka, w której praktycznie liczył się tylko jeden człowiek – profesor Wojciech Gerson. Jednak Chełmoński musiał wynieść z niej wiele, przede wszystkim jednak od swojego nauczyciela, skoro zawsze podkreślał, że „jemu jedynemu zawdzięczam wszystko”. Jak pisał listy do profesora, to zawsze zaczynał je od słów: „Ukochanemu, najlepszemu Nauczycielowi”. Gdy kończy tu edukację wyjeżdża dalej się rozwijać i podejmuje naukę w Akademi Sztuk Pięknych w Monachium. W tych „bawarskich Atenach” odnosił doraźne sukcesy, był nagradzany oraz sprzedał kilka obrazów. Opuszcza jednak to miejsce i via Ukraina wraca do Polski. Osiada na chwilę w Warszawie. Wraz z przyjaciółmi z monachijskiej Akademii, Stanisławem Witkiewiczem i Albertem Chmielowskim (późniejszym św. Bratem Albertem), wynajmują pracownię w Hotelu Europejskim. Artysta ma nadzieję, że w kraju będzie mógł poświęcić się tylko i wyłącznie malarstwu i z niego żyć.

W tej warszawskiej pracowni maluje kilka obrazów ze scenami zapamiętanymi na Ukrainie, m.in. „Babie lato”. Słynne obecnie dzieło wówczas wywołało u krytyki i widzów wiele kontrowersji. Mówiąc najprościej, jego obrazy nie podobały się. Publiczność – pisze Tadeusz Matuszczak – „raziła wiejska codzienność, tak mało przystojna „prawdziwym” dziełom sztuk przecież pięknych”. Warszawa nie była miejscem gdzie artystów i sztukę ceniono. Obrazowo opisał to Stanisław Witkiewicz:

Podobno jakieś miasto greckie obległ kiedyś nieprzyjaciel i zgadzał się odstąpić pod warunkiem, żeby mu oddano dzieła sztuki. Grecy odmówili i bili się do upadłego ze świadomością, że bronią największego, najistotniejszego swego bogactwa. Gdyby ówczesną Warszawę spotkał los podobny, nie tylko oddałaby dzieła, ale przerzuciłaby w dodatku ich twórców, jako inwentarz całkiem w ich życiu zbyteczny.

Aleksander Gierymski, który także czas pewien w kraju przebywał, mówił wprost, że „lepiej być koniem wyścigowym niż malarzem w Polsce”. Zapewne artysta miał na myśli fakt, że elity stołecznego miasta były niezwykle pochłonięte wyścigami konnymi, co obrazowo opisał w „Lalce” Bolesław Prus. Cierpiąc biedę i brak zrozumienia dla swojej sztuki, Chełmoński wyjeżdża w 1875 roku do Paryża. Przebywać tam będzie lat dwanaście. Gdy wraca do kraju, przywozi kilka obrazów, które się tam nie sprzedały, ale monumentalnej „Czwórki” – nie. Pozostawia je w Paryżu. Posłuchajmy teraz Józefa Czapskiego, który był uczniem Józefa Pankiewicza i zapewne od swojego mentora dowiedział się o „Czwórce”.

W roku 1889 [pisarz pomylił lata – L.L.] Chełmoński wraca do Polski. W Paryżu Pankiewicz i Podkowiński zajmują jego opuszczoną pracownię, olbrzymią parterową salę szerokości 10 metrów (…). Całą jedną ścianę zajmowała „Czwórka”, znajdująca się dziś w Krakowskiem Muzeum Narodowym. Tutaj malował Chełmoński największe swe płótna. Zakupywali je przeważnie Amerykanie, zachwycały je pędzące konie na tle rozległych pejzaży i ludzie w egzotycznych strojach. Z malarzy koni w ówczesnym Paryżu najbardziej cenili amerykańscy kolekcjonerzy Chełmońskiego (…). Chełmoński był wtedy u szczytu powodzenia, zarabiał dużo pieniędzy, przez Paryż stał się sławny w Polsce.

Obraz „Czwórka” malowany był nie w plenerze, z natury, tylko w pracowani i jak już wiemy – w Paryżu. Rzecz ciekawa – ukraiński pejzaż z pędzącymi końmi malowany w stolicy Francji! Na szczęście akurat tego dzieła Amerykanie nie kupili, lub co bardziej pewne, zachował Chełmoński jedno tego typu płótno, bowiem w owym czasie powtarza tematy po kilka razy – szczególnie dotyczyło to wszelakich „Trójek” i „Czwórek”, czyli końskich zaprzęgów pędzących przez „bezkresne przestrzenie”. Zarzucano artyście, że zamiast tworzyć rzeczy nowe, robi „powtórki”. Cóż, był na takie obrazy popyt, a malarz doznał już dość biedy w swoim kraju. Czas było się odbić finansowo, tym bardziej, że w Paryżu wówczas zapewne więcej ludzi obrazy malowało, niż je kupowało. Pisze biograf artysty Maciej Masłowski: Osiągał wówczas Chełmoński za swoje obrazy ceny niemałe. Wahały się one (…) w granicach od 8 do 40 tysięcy franków. A równocześnie na publicznych aukcjach Monety i Renoiry szły za setki. Oblicza się, że w tym okresie sprzedał do Ameryki około 100 obrazów. Choć obecnie słychać głosy podważające w części wysokość zarobków artysty, to jednak musiało coś być na rzeczy, skoro po powrocie do Polski Chełmoński kupuje, co prawda niewielki, ale jednak majątek ziemski na Mazowszu we wsi Kuklówka, gdzie żyje i tworzy do końca dni swoich.

Gdy wchodzimy do „Sali Chełmońskiego” w krakowskich Sukiennicach , to przeciwległą od wejścia całą jedną ścianę zajmuje właśnie „Czwórka”. Pisze Wacława Milewska:

Powożony przez ukraińskiego chłopa zaprzęg czterech koni zdaje się pędzić wprost na widza. Zwierzęta odmalowane w naturalnej wielkości, ujęte w szaleńczym galopie, rozsadzają powierzchnię obrazu, powodując złudzenie niepowstrzymanego, ciągle trwającego ruchu. Wrażenie to potęguje skontrastowanie głównego motywu ze statycznym, monotonnym tłem. Świetnie został scharakteryzowany też chłopski, żywiołowy temperament oraz fantazja kresowej szlachty.

Dzieło to powszechnie uznaje się za szczytowe osiągnięcie polskiego naturalizmu. Widać dało się pogodzić ów naturalizm, czy może bardziej realizm z romantyzmem, „a spokój sielskiego pejzażu z gwałtowanym ruchem rwących z kopyta koni”, jak zauważa Tadeusz Dobrowolski.

Od Józefa Czapskiego wiemy, że malarz wracając do Polski „Czwórkę” pozostawił w Paryżu. Jak w takim razie to wielkie płótno trafiło do kraju? Dokładną odpowiedź daje nam Pia Górska, znajoma Chełmońskiego z okresu jego zamieszkiwania w Kuklówce. W swoich „Wspomnieniach” tak oto opisuje tę sytuację:

Dopiero po dwóch latach znajomości z Chełmońskim dowiedzieliśmy się, że gdzieś tam, na paryskim strychu, leży jego płótno „czy coś tam takiego”. O ile mnie pamięć nie myli, Krywult porozumiał się z moim bratem bawiącym wówczas we Francji, mój brat dotarł do obrazu i podjął pierwsze kroki ażeby go czemprędzej odesłać do Polski. Jest to, ni mniej ni więcej, tylko słynna Ukraińska czwórka, która rozsadza ramę na ścianie krakowskiego Muzeum, tratując widza swemi kopytami….

Powyżej cytowałem Józefa Czapskiego, wybitnego polskiego artystę, ale muszę w tym miejscu zwrócić uwagę, jak ten genialny człowiek pomylił się w jednej ze swoich ocen. Pisał on w 1936 roku: Obrazy Chełmońskiego, wzruszające wyczuciem natury i ludu polskiego, charakterystyczne dla epoki, nie dadzą się związać z żadną autentyczną tradycją malarską i w historii malarstwa nie pozostaną. Na szczęście dla odbiorców polskiej sztuki – pozostały.

Józef Chełmoński: Czwórka, 1881 rok, olej/płótno; 275 x 660 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie – Galeria Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach.