Stanisława Witkiewicza książka o Warszawie, która nigdy nie powstała

Jak słusznie zauważają znawcy życia i twórczości Stanisława Witkiewicza, miał on niezbyt duże atuty, aby uczestniczyć, a często także i zwyciężać w dyskusjach na temat nowej sztuki, gdyż nie dane mu było odebrać właściwego wykształcenia instytucjonalnego. Za udział w Powstaniu Styczniowym jego rodzina została skazana na zsyłkę w głąb Rosji. Po ogłoszeniu amnestii młody Stanisław podjął naukę w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych, jednakże nie mając ukończonych sześciu klas gimnazjum, mógł w niej studiować jedynie jako wolny słuchacz. Nie dane mu było zatem uczestniczyć w wykładach z anatomii, historii sztuki czy historii powszechnej. Podobnie funkcjonował w następnym etapie nauki malarstwa w Monachium. Musiał zatem dochodzić do pewnych prawd w wyniku indywidualnego samokształcenia. I właśnie sam doszedł do przekonania, że – jak zauważa J. Tarnowski – „badanie natury” jest podstawą artystycznego rozwoju malarza (…). W tym lakonicznym stwierdzeniu zawiera się już zalążek programu artystycznego, któremu Witkiewicz będzie wierny do końca swej drogi twórczej, zarówno jako artysta, jak i teoretyk sztuki.

Już pierwsze jego artykuły drukowane w warszawskich pismach ilustrowanych dały zapowiedź, że polskiej krytyce artystycznej przybył autor zdolny, świadomy swoich celów i znający się na arkanach warsztatu malarskiego – pisała M. Olszaniecka. I tak, możemy śmiało powiedzieć, z Witkiewicza malarza rodzi się nagle i niespodziewanie Witkiewicz krytyk sztuki i estetyk. Choć malowania czy rysowania nie zaniecha do końca dni swoich, to jednak pisanie o sztuce staje się w jego życiu czymś, czemu poświęca się całym sobą. Znawczyni jego działalności literackiej uważa, że właśnie w poglądach na krytykę sztuki talent Witkiewicza objawiał się najświetniej. To przede wszystkim on staje się w końcu wieku XIX „szermierzem” realizmu w sztuce, zwalcza „literaturę” w sztukach plastycznych i odrzuca wprost historyczne malarstwo typu Matejkowskiego.

W 1875 roku przyjeżdża z Monachium do Warszawy i wynajmuje pomieszczenie na poddaszu Hotelu Europejskiego wraz z Józefem Chełmońskim, Antonim Piotrowskim, do których w niedalekiej przyszłości dołączy także Adam Chmielowski, późniejszy święty brat Albert. Ta biedna malarska pracownia staje się wkrótce miejscem, gdzie intensywnie odbywają się dyskusje o nowej sztuce, filozofii i gdzie omawiane są artykuły ukazujące się w stołecznych pismach. Odwiedzają ich nie tylko malarze, jak Leon Wyczółkowski, ale również wybitni artyści innych dziedzin, Helena Modrzejewska (później matka chrzestna jedynego syna Witkiewicza), Bolesław Prus, czy Henryk Sienkiewicz. Pomimo, że zainteresowania Witkiewicza dotyczą wówczas przede wszystkim aspektów artystycznych, to jednak nie pozostaje on obojętny na kwestie społeczne, stając się także bacznym obserwatorem życia miasta i ludzi w nim mieszkających. Wykonuje dużo ilustracji do gazet. Dokumentuje rysunkowo na przykład wielką powódź jaka nawiedziła Polskę w roku 1888. Tamta zima była najmroźniejszą w XIX wieku. Wychodzący w Warszawie „Tygodnik Ilustrowany” co tydzień przeprowadzał relację z tego kataklizmu. Pisano tam m. in. „Na samej Wiśle uległo zniszczeniu kilka parowców, kilkanaście berlinek, mnóstwo łodzi, młynów wodnych i budynków nadbrzeżnych”. Obok tejże notatki ukazuje się rysunek Witkiewicza pt.: „Powódź – uwięzienie statków”. (Tygodnik Ilustrowany nr 273 z dnia 24.03.1888 r.).

Stolicę Kongresówki Witkiewicz definitywnie i na zawsze opuszcza w 1890 roku. Jednak te kilkanaście lat tam spędzonych nasuwa mu wiele różnorakich przemyśleń o tym mieście. Uważam, że jedno z nich warto tu przytoczyć w całości, gdzie zazębiają się oczywiście kwestie sztuki i stosunku do niej mieszkańców Warszawy.

Podobno jakieś miasto greckie obległ kiedyś nieprzyjaciel i zgadzał się odstąpić pod warunkiem, żeby mu oddano dzieła sztuki. Grecy odmówili i bili się do upadłego ze świadomością, że bronią największego, najistotniejszego swego bogactwa. Gdyby ówczesną Warszawę spotkał los podobny, nie tylko oddałaby dzieła, ale przerzuciłaby w dodatku ich twórców, jako inwentarz całkiem w ich życiu zbyteczny.

Kiedy dodamy do tego jeszcze znane powiedzenie Aleksandra Gierymskiego, że „lepiej być koniem wyścigowym niż malarzem w Polsce”, to mamy jasność stosunku jaki wtedy społeczeństwo nasze żywiło do kultury wyższej. Dosłownie odnosi się do obydwu artystów i początków ich warszawskiej działalności Artur Międzyrzecki, który pisze tak:

Dzieje warszawskie Gierymskiego i Witkiewicza są jedną z najbardziej dramatycznych i żarliwych walk o malarstwo polskie i jego rangę społeczną. Dzieje owe tym większą przepojone są goryczą, że artyści przybywali do Warszawy, w której malarzami pomiatano – z Monachium i Rzymu, w których malarzy ceniono; do Warszawy, gdzie malarze ginęli z głodu wśród powszechnej obojętności – z miast za granicą, gdzie malarze zapewniony mieli byt materialny i uwagę dla swych talentów. Niemniej upokarzające było i to, że stawali w ojczystym mieście, któremu wiele mieli do powiedzenia, a które nie chciało ich słuchać.

Zauważmy przy tym, iż pomimo, że Warszawa poprzez działania polityczne została zredukowana do prowincjonalnego miasta Cesarstwa Rosyjskiego, to jednak była jak na owe czasy miejscem raczej ludnym. W 1882 roku liczyła już 384 tysiące mieszkańców.

Pisanie o Stanisławie Witkiewiczu jako „miłośniku Warszawy” wydaje się dość ryzykowne, bo na pewno nie z tego jest przede wszystkim znany. Mówimy o nim jako malarzu, krytyku sztuki, twórcy stylu zakopiańskiego, „tęgim pisarzu”, a najczęściej jednak mimo wszystko, jako ojcu swojego sławnego syna, Stanisława Ignacego, znanego powszechnie pod pseudonimem Witkacy.

Do napisania tego tekstu zachęcił mnie jednakże pewien fragment z napisanej przez Witkiewicza monografii Aleksandra Gierymskiego. Czytamy tam:

Miałem z dawnych lat plan wydania książki o Warszawie, Warszawie żywej, obecnej, tak jak ona w starych murach drga nowym życiem, jak ogarnia sąsiednie pola swymi ohydnymi kamienicami; jak cierpi i jak się cieszy, z całą szczytnością i całym plugastwem, jakie w niej istnieje; od poddaszy do piwnic, od pałaców do dziur w wiślanych brzegach, w których gnije zdziczała, zjadana przez wszy i choroby ludność. Słowem, dania całkowitego obrazu tej rzeczy dziwnej i potwornej, jaką jest wielkie miasto; wydobycia na jaw tych krain, graniczących ze sobą, a nic o sobie niewiedzących; ukazania w słowie i obrazach tych dziwnych sprzeczności zjawisk, tych szczytów myśli i czucia i ciemnych przepaści zdziczenia i upodlenia. Pokazania ludzi żywych wszelkiego rodzaju, od bogaczy, którym się z przejedzenia strawa wywraca na brzegi ust, do nędzarzy, którzy wyszukują resztki nie ogryzionych kości po śmietnikach; od sióstr miłosierdzia z duszą prostą, zatopioną w miłości i współczuciu dla nędzy i cierpienia, do biednych kobiet, sponiewieranych w błocie ulicznym przez niemiłosierne i złośliwe stosowanie praw społecznej etyki. Słowem ukazanie Warszawy żywej, zmiennej, ruchliwej, dygocącej takim szalonym temperamentem, tak czasem szczytnej i wzniosłej i tak nieraz płaskiej i pospolitej….

Kiedy mógł zapaść ten plan? Zapewne już w 1884 roku kiedy Witkiewicz objął kierownictwo artystyczne „Wędrowca”, gdzie usilnie toczył bój o realizm w polskiej sztuce rozpoczynając na łamach tego czasopisma publikowanie cyklu artykułów pod wspólnym tytułem „Sztuka i krytyka u nas”. Artysta na początku nosił się z zamiarem połączyć swe siły rysunkowe z innym pisarzem, a następnie „stopić ilustracje z tekstem na jeden wyraz, na jedno wrażenie”. Później jednak zmienił zdanie, niechybnie dlatego, że w tym czasie pisanie pochłaniało go bardziej niż malowanie i dlatego postanowił opisać miasto sam, a ilustrowanie zostawić innym, choć i swoją rysunkową cegiełkę też wmurować zamierzał, choćby w małym wymiarze. Zaprasza więc do tego projektu trzech tylko twórców: Aleksandra Gierymskiego oraz młodziutkich adeptów malarstwa – Władysława Podkowińskiego i Józefa Pankiewicza. Wydaje się, że artyści ci zostali zaangażowani do planu Witkiewicza niejako niezależnie od siebie, bowiem poznają się osobiście dopiero pod koniec 1886 roku, gdy Pankiewicz i Podkowiński wracają do stolicy po rocznym pobycie w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. Witkiewicz uważał, że cechy osobowości artysty wpływają na własności tworzonych przez nich dzieł. Być może dlatego do rysowania życia Warszawy wybiera tylko i wyłącznie ich, uznając, że tylko oni są zdolni zauważyć to, czego inni dostrzec nie potrafią. Bo przecież nie chodziło tu jedynie o „fotograficzne” zilustrowanie miasta i jego mieszkańców, gdyż aparaty fotograficzne wówczas były dostępne. Miał takowy produkcji Brandla Podkowiński i to już w czasach nauki w „Szkole Gersona”, a także używał aparatu Gierymski. Zamiarem było pokazanie miasta poprzez indywidualne spojrzenie artysty. Witkiewicz twierdził, że wielka sztuka polega na tworzeniu doskonałej iluzji rzeczywistości, ale w sposób twórczy, zindywidualizowany, nasycony ekspresją osobowości artysty.

Pomysłodawca narzuca swym wybranym rysownikom obszar zagadnień, dając przy tym dużą swobodę w tworzeniu materiału ilustracyjnego. Podawałem im pewne tematy, proponując, żeby na własną rękę zbadali pewne strony życia… (…) Kto sobie zdał kiedy sprawę, co znaczą słowa: „Latarnie miejskie palą się od godziny 5 minut 30 do 7 rano”. Kto kiedy zastanowił się, jak się one zapalają, czyja ręka i kiedy wytarła to szkło i jakim cudem o godzinie 5 minut 30 nagle rozpala się tysiące płomyków w długich szeregach. To tylko jeden z przykładów, na jakie aspekty życia miasta Witkiewicz chciał zwrócić uwagę swoim ilustratorom.

Aleksander Gierymski poważnie potraktował propozycję swego przyjaciela i był taki okres w jego życiu, że tylko temu się poświęcał. Wiktor Gomulicki był tego osobistym świadkiem. Myślę, że warto w tym miejscu przytoczyć fragment jego opowieści, która nie tylko mówi nam o pracy rysownika, ale świetnie też charakteryzuje samego artystę. Pisarz udał się do Gierymskiego z prośbą, aby ten wykonał dla niego pewną ilustrację. Artysta znajdował się właśnie w Warszawie…Nie od razu go znalazłem. To nie był zwyczajny „lokator” mieszkający na tym a na tym piętrze, pod takim a takim numerem. Artysta posiadał na samym szczycie domu przestronną pracownię, w której stale malował – sypiał zaś w niej lub nie sypiał, mieszkał lub nie mieszkał, zależnie od kaprysu. Owego dnia przyszedł mu kaprys tam właśnie noc przepędzić. (…) Wykonywał właściwie w tym czasie dla pism ilustrowanych swe świetne widoki Warszawy, objęte ogólnym nagłówkiem „Warszawa w obrazkach”. Objawiła się w nich świetna w formie artystycznej, właściwa, odrębna „fizjonomia” Warszawy – jej rzec można dusza. Gomulicki w swym uniesieniu zaczął rysunki chwalić, na co Gierymski odpowiedział – Cała Warszawa (…) jest kątem, śmietnikiem, dziurą!…. Wtedy to powstaje m. .in. słynna „Śmieciarka warszawska” reprodukowana w „Wędrowcu” w 1886 roku uważana powszechnie za arcydzieło.

Także Pankiewicz podchodzi do zadania poważnie. Pisze jego uczeń, Józef Czapski: Od roku 1887 spotykamy w ilustrowanych pismach warszawskich obok reprodukcyj Gierymskiego, Podkowińskiego (…) – także rysunki Pankiewicza. (…) Nie zachowały się z okresu tego żadne oryginalne rysunki, możemy się jedynie domyślać według reprodukcyj w pismach, jak wyglądały. Tematycznie przypominają one ilustracje Gierymskiego z tamtych lat: baby na Starym Mieście, stróże zamiatający ulice, zaułki i uliczki Warszawy. Spróbujmy uściślić za współczesną nam biografką Pankiewicza, A. Bernat: …malując we wspólnej pracowni z Podkowińskim, w latach 1886-1888, Pankiewicz tworzył realistyczne portrety mieszkańców Starego Miasta i Powiśla: przekupek, straganiarek, druciarzy, Żydów („Żyd z koszem zza Żelaznej Bramy”), 1887, chłopów przyjeżdżających na targ do miasta. Rysunki te były perfekcyjnie wykonane, bardzo wiele mówią nam o ówczesnym życiu Warszawy. Znakomite są jego sceny targowe: „Targ zwierzyny na rynku za Żelazną Bramą”, 1887, „Targ na Starym Mieście”, 1887, „Trzy przekupki”, 1887. Inne sceny miejskie, np. „Ulica Nowowiejska. Część dawnej baszty od ul. Miodowej”, 1887, czy „Na Mszę Pasterską w kościele św. Krzyża”, 1887, dają rzeczywiście realistyczny, niemal fotograficzny portret dawnej Warszawy.

Podkowiński ze swoim entuzjazmem właściwym osiemnastoletniemu młodzieńcowi, znający miasto od podszewki, jego jasne i ciemne strony, biega po nim podpatrując ludzi, a potem rysuje ich sylwetki, które umieszcza na tle ulicznej scenerii. Od 1885 roku ukazują się w „Wędrowcu” jego ilustracje, tzw. „Typy warszawskie” publikowane pod ogólnym tytułem „Z życia Warszawy”; Zapalacz latarni, Stróż, Piwniczy (Klucznik), Śmieciarka i Kiełbaśnik. Podkowiński tworząc ten cykl zwraca szczególną uwagę nie tylko na same portretowane postaci, ale również na tło obrazka. Pisze E. Charazińska: Kompozycja we wszystkich oparta jest na wspólnej zasadzie – pojedyncza, wypełniająca pierwszy bliski plan sylwetka ludzka, a w tle wykadrowany fragment ulicy. W wizerunkach stróża, kiełbaśnika czy małego dodatkowego rysunku z latarnikiem widzimy także przechodniów; śmieciarka pozostała jedynie z umykającym kotem. W rysunkach z latarnikiem i kiełbaśnikiem uwagę przyciąga delikatne światło latarni, rozjaśniające głębię kompozycji. Podkowiński, Warszawiak z krwi i kości, mający w sobie zacięcie reporterskie oraz prezentujący w swoich rysunkach szczegóły właściwe naturalistom, przypada od razu do gustu Witkiewiczowi. Jak pisze Podkowiński w liście do mamy, owe rysunki spodobały się tak, że teraz mam stałą robotę w „Wędrowcu”; poznaliśmy się dobrze z Witkiewiczem, jak przyjdę do niego to zawsze mię zaprasza na obiad. I dalej: zaproponował mi (Witkiewicz – przp. mój)) żebym rysował typy i widoki Warszawy, że można dawać tytuł nad rysunkami: „Typy warszawskie rysowane przez Podkowińskiego”.(…) narysowałem latarnika w chwili, gdy czyści latarnie wieczorem (…), powiadam mamie, że ogromnie się podobały i Gersonowi i Witkiewiczowi. I koniecznie mi Witkiewicz mówił, żebym jak najwięcej takich rzeczy rysował… W liście tym wspomina także, że wcześniej wykonał rysunek stróża przy robocie, kiedy miotłę ma opartą o rękę i zapala sobie fajkę, rzecz dzieje się na ulicy, ogromnie się rysunek podobał… Dalej Podkowiński z radością donosi matce, jedynej jego podporze życiowej, że dostał podwyżkę i jest chwalony przez Witkiewicza, a trzeba mamie wiedzieć, że on nie każdego chwali.

Władysław Podkowiński „Stróż”

Warto sobie także uzmysłowić, że właśnie ci trzej malarze pozostawili po sobie kilka lat później najlepsze w historii polskiej sztuki obrazy, jeżeli chodzi o malarstwo sztalugowe, przedstawiające Warszawę końca XIX wieku. Mam tu na myśli takie dzieła (wymienię tylko po jednym) jak: Józefa Pankiewicza „Targ na jarzyny na Placu Żelaznej Bramy w Warszawie”, 1888, (Muzeum Narodowe w Poznaniu), Aleksandra Gierymskiego „Piaskarze”, 1887 i Władysława Podkowińskiego „Ulica Nowy Świat w dzień letni”, 1892 (obydwa w Muzeum Narodowym w Warszawie). Dodajmy – widoki miasta, którego już nie ma.

Planowana przez Witkiewicza książka nigdy nie powstała. Artysta wyjechał na stałe do Zakopanego leczyć nabytą gruźlicę. Zafascynowany folklorem Tatr i Podhala rozpoczyna realizację nowych pomysłów i odciska piętno swego talentu na tamtym regionie, tak jak wcześniej uczynił to w Warszawie. Sam Witkiewicz tak oto krótko podsumowuje swoją inicjatywę, której niestety nie zrealizował:

W „Wędrowcu” i „Kłosach” pozostały rozmaite próby urzeczywistnienia tego planu, zrobienia tego obrazu żywej Warszawy, ale tylko próby. Podkowiński rysował i latarnika, rozpraszającego mroki wieczorne, i stróża, i śmieciarkę; Gierymski rysował też śmieciarkę, zresztą on miał ogromny zbiór szkiców i pomysłów do zapełnienia setek stronic takiej książki; ja próbowałem opisywać i rysować konie, targowisko za Żelazną Bramą, ale „Wędrowiec” upadł, a z „Kłosów” po półrocznych walkach usunąłem się.

Na szczęście jednak dla potomnych zostały rysunki zamieszczane na bieżąco w stołecznych czasopismach, na których dzisiaj możemy zobaczyć (część z tych gazet jest już zdigitalizowana i dostępna w internecie) jak wyglądała Warszawa końca XIX wieku, „z całą szczytnością i całym plugastwem” jakie w niej wówczas istniało.

Artur Międzyrzecki w książce „Warszawa Prusa i Gierymskiego” tak oto ubolewa na faktem, że pozycja ta nigdy nie powstała.

Jaka zajmująca byłaby to książka i jak wiele miałaby wznowień! Nie trzeba zbyt bujnej fantazji, żeby wyobrazić sobie tom w płóciennej oprawie z dużymi literami tytułu:

Warszawa
Tekst: Stanisław Witkiewicz
Rysunki:
Aleksander Gierymski
Władysław Podkowiński
Józef Pankiewicz

Fotografie w artykule to skany z czasopism owych czasów.