Józefa Pankiewicza łabędzie nocą

Okres fascynacji impresjonizmem trwa u Józefa Pankiewicza bardzo krótko. Nazywany (wraz z Władysławem Podkowińskim) pierwszym polskim impresjonistą, porzuca tę technikę po trzech latach. Zniechęcony chłodnym, a często niezrozumiałym przyjęciem przez publiczność i krytykę jego obrazów, ten gruntownie wykształcony intelektualista zaczyna skłaniać się ku symbolizmowi.

Czy wynikało to z potrzeb artystycznych, czy też malarz nie był odporny na ciosy krytyki negującej jego twórczość, możemy się tylko domyślać. Osobiście uważam tę drugą opcję za bardziej bliższą rzeczywistości. Nachodzi mnie teraz taka myśl. Jakie to szczęście dla światowego malarstwa, że tacy malarze jak Pissarro czy Monet nigdy nie ulegli naciskom rodzimej krytyki. O ile dzieje sztuki byłyby wtedy uboższe. Ale trzeba także zauważyć, że Pankiewicza nieustanna ewolucja twórcza miała pewne podstawy. Były nimi słowa zaczerpnięte z Goethego: Tylko przemianie pozostaję wierny. Powinniśmy nie być ale wszystkiem stawać się. -… i dopóki nie ma w tobie tego „umieraj i stawaj się”, jesteś tylko smutnym przechodniem na mrocznej ziemi” (cyt. za Józef Czapski: „Józef Pankiewicz”).

Ostatnim obrazem, w którym Pankiewicz zastosował paletę impresjonistyczną było płótno „Rynek Starego Miasta w Warszawie Nocą” (1892), także nokturn. Dopada go potem niechęć do malowania, nie wychodzi z domu, a jeżeli już, to tylko w nocy. Sam tak o tym mówi w jednym z listów: Ja siedzę cały dzień w nocnych cieniach. Uważam, że tylko w nocy można się czegoś na ziemi dopatrzeć, przynajmniej u nas. Zafascynowany kulturą francuską, z którą stracił bezpośredni kontakt, dużo teraz czyta, nie rozstaje się z tomem poezji przywódcy symbolizmu, Stéphane’a Mallarmégo. Spaceruje więc po zachodzie słońca, aby w naturze odnaleźć odpowiedni wzór do swoich obrazów. I znajduje. Ładnie to wszystko zaczyna się łączyć w jedną całość. To sonet, „Dziewicze życie, piękne dziś” tego francuskiego poety, mówiący o łabędzich, którym skrzydła przymarzły do lodu i obejrzana scena z tymi ptakami w jednym ze stołecznych parków. I tak powstaje najbardziej cenione działo symboliczne Józefa Pankiewicza, pełen poezji Nokturn – łabędzie w Ogrodzie Saskim w Warszawie.

Jak pisze Ewa Micke-Broniarek („Mistrzowie pejzażu XIX wieku”) artysta w tym okresie ograniczał swoją paletę niemal wyłącznie do tonów czerni, zielonkawej szarości, zatopionych w mroku lub we mgle, bliskie pod względem nastroju poezji tego czasu. Malarz w owym nokturnie ukazał niemal widmowe, puszyste sylwetki śpiących łabędzi na tle ciemnej, gładkiej tafli stawu, odbijającej srebrnymi refleksami światło księżyca. Na koniec dziewiętnastego wieku postawy dekadenckie prezentowało wielu artystów, stąd dużo dzieł tworzonych było w nastroju nostalgicznym. Anna Bernat, autorka jednej z monografii o artyście, zauważa pewną zbieżność dotyczącą czasów w jakich obraz powstał, a jego wymową.

Pankiewicz, malując swoje nokturny, wpisał się w widoczny na przełomie wieków trend w malarstwie europejskim. Wtedy to wyobraźnię wielu pejzażystów wyraźnie pobudzała noc, pora zmierzchu, przełomu między dniem a nocą, kiedy światło, raczej stłumione niż rozbłyskujące, wywoływało nastrój melancholii i nieokreślonej tęsknoty.

Przyglądałem się temu dziełu podczas ostatniego mojego z nim kontaktu trochę dłużej niż zazwyczaj wiedząc, że skreślę ten szkic. Publiczność muzealna zbytnio się koło niego nie gromadziła. W sumie nic dziwnego. Obraz, na którym „nic nie widać”, zazwyczaj odbiorcy nie przyciąga. Tak jest teraz, tak było i kiedyś. Zauważył to Feliks Jabłczyński, który w Tygodniku Ilustrowanym z 1902 roku napisał, że nokturny artysty nie powstały po to, że Pankiewicz chciał w ten sposób rozgniewać publiczność, a dlatego, że jego nocne spacery były nieobojętne na otaczającą go rzeczywistość. Oddał na swych płótnach wrażenia, które się w nim zrodziły podczas przechadzek w ciemności. Krytyk porównał je do poetyckich sonetów, które zostały wypowiedziane spokojnie, obrazami natury wybranymi odpowiednio. Trzeba na nie patrzeć długo, trzeba do nich kilkakrotnie powrócić. Trzeba następnie być trochę smutnym, trochę niezadowolonym z życia, aby zdecydować się na opuszczenie chociaż na chwilę tego świata wyraźnego i zagłębić się w ów świat malowanego płótna (…).

Obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Trzeba tu także wspomnieć jeszcze o namalowanym dwa lata później, także w Ogrodzie Saskim, nokturnie o podobnej tematyce, tzw. „Czarnych łabędziach”, który możemy obejrzeć w Muzeum Narodowym w Krakowie. Jednakże dzieło „krakowskie” ma zdecydowanie jaśniejszą tonację, a te królewskie ptaki nie są w nim już uśpione. O dziele tym pisze Wacława Milewska:

Obraz wywołuje posępny nastrój, uświadamia znikomość ludzkiego żywota, niejasną nadzieję na ocalenie duchowej części jestestwa w jakiejś formie istnienia po osiągnięciu kresu ziemskiej wędrówki. Jest dziełem par excellence symbolistycznym, zrodzonym w schyłkowej atmosferze końca wieku, pełnej egzystencjalnych lęków i rozterek.

Nokturn – łabędzie w Ogrodzie Saskim w Warszawie nocą (1893/1894), olej/płótno; 86 cm x 151 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. MNW)

Łabędzie w Ogrodzie Saskim nocą (1896), olej/płótno; 70,5 x 107 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. MNK).