Powieść o ojcu impresjonizmu. Irving Stone, „Bezmiar sławy”

Świat rodzącego się francuskiego impresjonizmu przedstawiony na tle życia jednego z jego prekursorów, Camille Pissarro, jest tematem tej zbeletryzowanej biografii, autorstwa mistrza tego gatunku, Irvinga Stone’a.

Bezmiar Sławy to ostatnia powieść biograficzna o wielkich artystach, uczonych i odkrywcach, którą Irving Stone napisał w swoim długim życiu. Gdy została wydana autor miał 82 lata. I być może dlatego na prawie 800 stronach nie do końca wyczuwa się wielkie emocje, które towarzyszyły mi przy czytaniu jego pierwszej powieści Pasja życia, opartej na biografii Vincenta van Gogha. Myślę natomiast, że włożył w tę powieść jednak więcej pracy. Odwiedził prawie wszystkie miejsca, gdzie tworzył Pissarro, przewertował tony materiałów archiwalnych, ba, nawet zapoznał się z techniką konstrukcji mebli produkowanych na należącej wtedy do Danii wyspie St. Thomas, położnej na Karaibach. Tam zresztą malarz się urodził. Notabene o tym Czytelnik dowie się z ostatnich stron książki, gdzie jej autor zawarł „Podziękowania”.

Nie zamierzam pisać tutaj dużo o tej powieści, ale jeżeli ktoś jest zainteresowany historią impresjonizmu, pozycja to obowiązkowa. Co prawda dotyczy życia i twórczości jednego z malarzy tego kierunku, niemniej spotkamy tam takich artystów jak: Renoir, Sisley, Degas, Cézanne, Monet, Manet, a nawet inne wybitne postaci tego okresu jak np. pisarz Emil Zola. To właśnie on często w swoich artykułach zamieszczanych w paryskiej prasie popierał „odrzuconych” impresjonistów, czyli tych, którzy odważyli się zerwać z obowiązującym wtedy akademizmem. Znajdziemy w tej książce również jego charakterystykę, którą kreśli Cézanne. Obaj panowie znali się i przyjaźnili od szkolnych czasów. Wiele lat później ów malarz przestał całkowicie odzywać się do pisarza, obraził się śmiertelnie po tym, gdy ten opublikował powieść „Dzieło” uznając, że opisuje ona jego osobę. Zresztą konfliktów pomiędzy choćby samymi impresjonistami było więcej, szczególnie dotyczyły one organizowanych przez nich niezależnych wystaw swoich obrazów, pokazywanych poza oficjalnym Salonem Sztuki.

Książka w żywy sposób kreśli obraz Paryża drugiej połowy XIX w. jako miejsca życia bohemy artystycznej. Żeby być liczącym się malarzem, trzeba było tworzyć w tym mieście, bowiem każdy jego fragment miał odrębny charakter. Malarze słusznie mówili: za każdym rogiem czeka kolejny obraz. Camille Pissarro dobrze to rozumiał. Gdy przybył do tego miasta ze swojej karaibskiej wyspy, był pewny, że nic innego w życiu nie będzie robił, tylko malował, pomimo nawet sprzeciwu rodziny, która widziała w nim przyszłego biznesmena. On jednak zdecydował, że musi w swoich szkicach uchwycić życie, które za chwilę zniknie. Malował nie tylko stolicę Francji, ale często zmieniając miejsca zamieszkania, uwieczniał na swoich obrazach krajobrazy jej okolic, życie ludzi na prowincji, czy często nawet swoją liczną rodzinę, którą nazywał „rodziną artystyczną”. Uczył dzieci malarstwa, a historia tylko potwierdziła słuszność jego wyboru (choćby syn Lucien). Uwielbiał także pracować w Londynie. Niemniej całe jego życie to gonitwa, wręcz poniżająca, jak sam się wyrażał, za pieniędzmi, bo przecież musiał zapewnić egzystencję swoim najbliższym, tym bardziej, że został przez ojca wydziedziczony za to, że poszedł artystyczną drogą.

Trzydzieści lat walki o byt, ale też i o akceptację swojej twórczości, ba, więcej, twórczości wszystkich impresjonistów, bo właśnie Camille Pissarro jest uznawany za ojca tego kierunku w sztuce, nauczyciela wielu innych malarzy zafascynowanych jego obrazami, to pasmo porażek, ale też i sukcesów, aż do „bezmiaru sławy”. Gdy inni w tym samym czasie zaczęli „się dobrze sprzedawać”, jak np. Monet, on dalej borykał się z biedą. Ale także poszukiwał nowych artystycznych rozwiązań, ot choćby zafascynował się pointylizmem, co nie przysporzyło mu zwolenników, a tym samym i potencjalnych nabywców. Poszukiwał, szedł do przodu w artystycznym rozwoju pomimo, że lat przybywało, tracił wzrok, to jednak nigdy ten dobry, szczery człowiek, nie zwątpił w to co robił. Często odbijało się to niestety na jego rodzinie, a dokładniej jej statusie materialnym, jednak zawsze o nich dbał, kochał, a jak było trzeba sam z obrazami pod pachą biegał po paryskich marszandach, aby je sprzedać, czasami nawet za cenę materiałów zużytych do ich namalowania. Taki był los jednego z największych malarzy impresjonistów, ale on i jego rodzina to przetrzymali, a my, potomni, dzięki tej niezachwianej woli w tworzeniu swojej sztuki, gdy teraz patrzymy na jego dzieła, to widzimy w nich piękno wykonania, a przede wszystkim czujemy emocje, które wywołują. Bo chyba po to się maluje obrazy.

Napisałem w czerwcu 2014 roku

Irving Stone, Bezmiar sławy, Wydawnictwo MUZA S.A., 2007, s. 800.