Edward Dwurnik w Toruniu. Wielka wystawa retrospektywna

Jak mówi sama nazwa tej strony (bloga), malarstwo współczesne nie leży w zakresie moich zainteresowań. Niemniej takiej okazji jak odwiedzenie wystawy jednego z najważniejszych polskich malarzy przełomu XX/XXI wieku przegapić nie mogłem. Tym bardziej, że niedziela 19 września była ostatnim dniem prezentacji tej ekspozycji. I to jakiej ekspozycji.

Takiej, jakiej bodaj nigdy w Polsce nie było, retrospektywie poświęconej jednemu tylko artyście. Dlaczego? Otóż w przestrzeni wystawowej – CENTRUM SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ W TORUNIU – zgromadzono ok. 450 prac Edwarda Dwurnika.

A kto nie był w CSW musi wiedzieć, że jest to gmach, mówiąc najbardziej popularnie, wielki i piękny. Zaprezentowano na wystawie mieszczącej się na dwóch piętrach nowoczesnego budynku w wielu salach wystawowych, że nie dałem rady ich policzyć, realizacje plastyczne artysty pochodzące ze wszystkich okresów jego twórczości – od liceum po kres życia. Dwurnik stworzył ponad pięć tysięcy obrazów, a niektórzy uważają, że nawet było ich siedem tysięcy. Do tego dochodzi… 20 tysięcy rysunków i grafik.

Doliczmy do tego jeszcze murale, czy też monumentalne kompozycje plastyczne umieszczane w przestrzeni publicznej, to wyjdzie liczba okrutnie duża. A wiele z tych obrazów ma po kilka metrów na długość! Zostaje nam tylko pochylić głowę nad wręcz benedyktyńską pracowitością Dwurnika. Jeżeli weźmiemy dodatkowo pod uwagę, że krocie swoich obrazów zniszczył, bo mu się nie podobały, to…klękajcie narody.

W tak oszałamiającej ilości prac musiały się siłą rzeczy znajdować się i takie, które mogą bulwersować, czy szokować. Sztuka współczesna często dotyka tego, co dzieje się tu i teraz. I tak jest u Dwurnika. Dla przykładu cykle „Droga na Wschód” czy „Od Grudnia do Czerwca” odnoszą się do ofiar totalitaryzmu.

Są i takie prace, które dzisiaj niejednych mogą zwyczajnie „wkurzyć”. Mam tu na myśli np. takie obrazy, które przedstawiają Radio Maryja czy marsze równości. Z drugiej strony przez to stają się siłą przyciągającą do nich widza. I tenże widz może o nich wypowiadać się także i negatywnie, ale jak mówił sam artysta, ludzie mówią tyle głupstw na temat mojego malarstwa, że zwariowałbym, gdybym się tym przejmował. Niemniej każdy z nas dostrzeże w nich zarówno szczerość twórczą, bezpośredniość zwracania się do widza, a także dowcip i dystans do „opisywanej” rzeczywistości. Te prace nie pouczają, starają się pokazywać rzeczywistość, ale jak to bywa, nie da uciec się od subiektywnego spojrzenia na realia trudnej przecież naszej codzienności. I artysta to czyni pędzlem swym.

Zajrzyjmy na koniec do folderu wydanego z okazji wystawy, gdzie czytamy o twórczości artysty. W swoim malarstwie nawiązywał do twórczości m.in. Jana Matejki, Nikifora Krynickiego czy Jacksona Pollocka, a także do neoekspresjonizmu niemieckiego lat 80. XX w. Swoje prace grupował w cykle tematyczne. Prymitywizm Nikifora był jego pierwszą, silną inspiracją, która pozostała z nim pod postacią sprzeciwu wobec przyjętych wartości estetycznych.

Mnie osobiście zachwyciły dzieła, na których artysta pokazuje polskie i zagraniczne miasta ukazane z lotu ptaka, czy jakbyśmy dziś powiedzieli – z drona. Bo malarz był swoistym realistą, ale twardo tej konwencji się nie trzymał. Był niezależnym indywidualistą.

Zdaję sobie sprawę, że niezmiernie powierzchownie dotknąłem tego, co Dwurnik stworzył i co na wystawie widziałem. Ale sztuka współczesna, jak wyżej zaznaczyłem, nie należy do mojej bajki. Jednak powiem teraz banalnie tak: kto nie był, niech żałuje. Myślę, że raczej już nikt i nigdy nie będzie w stanie pokazać tak ogromniej liczby dzieł w jednym miejscu tego twórcy.